System rowerów miejskich był dostępny w moim mieście od lat, ale zacząłem z niego korzystać dopiero w zeszłym roku. Po pierwszej jeździe byłem zachwycony. Dlaczego zajęło mi to tak długo – a przecież jeżdżę na rowerze niemal całe życie? Już tłumaczę, żebyście nie popełnili tego samego błędu.
Dziwna blokada mentalna
W wielu miastach działają takie systemy współdzielonych rowerów, a mimo to ludzie często nie traktują ich jako realnej opcji. Głównym problemem jest zwykle brak infrastruktury rowerowej – początkujący nie czują się bezpiecznie tuż obok samochodów. U mnie to nie był problem – regularnie jeżdżę po mieście własnym rowerem. To była raczej mieszanka sceptycyzmu i przyzwyczajenia.
Po raz pierwszy spróbowałem rowerów miejskich lata temu we Wrocławiu. Były wygodne, przyjemne i stanowiły ciekawy element tamtej wycieczki. Ale po powrocie do domu do Pragi nawet nie przyszło mi do głowy, żeby z nich korzystać. To, że byłem kolarzem, sprawiało, że nie miałem zaufania do takiego sprzętu. Zakładałem, że rowery miejskie są ciężkie, wolne i niewygodne. Po co płacić za gorszy sprzęt, skoro mogę jechać własnym rowerem za darmo?
Skąd przyszła zmiana?
Roweru miejskiego w Pradze po raz pierwszy użyłem z czysto praktycznych względów – wynająłem go, żeby razem z mamą pojechać na spokojną przejażdżkę. Rok później pewnego słonecznego dnia postanowiłem spróbować sam. Wziąłem rower pojechałem nim na dworzec – a zwykle jechałem tramwajem. Czas przejazdu był taki sam, ale dotarłem na miejsce pełen energii – do tego dostałem premię w postaci słońca, świeżego powietrza i rozruszanych nóg przed wielogodzinnym siedzeniem w przedziale. Dokładnie wtedy zrozumiałem, jak wiele korzyści mnie omijało.
Od tamtej pory korzystam z rowerów miejskich, kiedy jadę na ściankę wspinaczkową, do dentysty, ale też gdy jadę na służbowe spotkanie. Niemal zawsze docieram do celu w lepszym nastroju niż po jeździe zatłoczonym tramwajem czy taksówką. Po mniej więcej dziesięciu jazdach byłem już w stu procentach do rowerów miejskich przekonany. Dlaczego?
Efektywny ruch: wplatam aktywność fizyczną w codzienne dojazdy – to jak znalezienie dodatkowego czasu na ruch.
Lepszy nastrój: jazda na rowerze wygrywa z siedzeniem w komunikacji miejskiej – docieram na miejsce ze znacznie lepszym nastawieniem.
Mniejszy tłok: jedna osoba mniej w tramwaju to mniejszy ścisk dla wszystkich.
Więcej czasu na rowerze: nawet krótkie przejazdy się sumują, ułatwiając realizację rocznych celów kilometrowych.
Mniej serwisowania: nie trzeba się zastanawiać nad przechowywaniem ani kosztami utrzymania własnego roweru do jazdy po mieście.
Wygoda: nie muszę się martwić o przypinanie roweru ani jego przygotowanie – po prostu biorę rower i jadę.
Zaskakująca przyjemność jazdy bez presji
Gdybym miał wskazać najważniejszy powód, dla którego tak polubiłem rowery miejskie, byłaby to swoboda jazdy bez presji. Na rowerze szosowym czy MTB każda jazda ma cel: ściganie segmentów w Stravie, realizacja planu treningowego albo doskonalenie techniki. Na rowerze miejskim prędkość przestaje mieć znaczenie. Mogę jechać spokojnie i podziwiać widoki. Przyspieszyć, kiedy mam ochotę, i po prostu cieszyć się jazdą – bez myślenia o wynikach, odżywianiu czy aerodynamice. To naprawdę odświeżające doświadczenie.
Nie zrozumcie mnie źle – większość mojego jeżdżenia nadal będzie się odbywać w konkretnym celu. Ale te krótkie, niewymagające przejazdy przypominają mi jazdę z dzieciństwa i to, dlaczego w ogóle zakochałem się w rowerze.
Dla wielu osób kluczowe kryterium wyboru rowerów miejskich wiąże się z odpowiedzią na pytanie, czy są szybsze od komunikacji publicznej. W kolejnym artykule porównam oba rozwiązania pod kątem rzeczywistego czasu przejazdu od drzwi do drzwi.




