• POL

Czy to koniec hardtaila?

Autor: Martin Atanasov

Dziś w prawie każdym sklepie rowerowym dominuje pełne zawieszenie – tylne amortyzatory wielkości puszki po napoju i rowery trailowe o skoku, który jeszcze 15 lat temu uznano by za przesadę. Współczesny rower górski stał się niezwykle zaawansowaną maszyną, którą zaprojektowano w taki sposób, by niwelowała nierówności gruntu i pozwalała udawać, że wszystko jest pod kontrolą.

W ferworze tego technologicznego wyścigu zbrojeń hardtail przestał być gwiazdą sklepowych wystaw. Przez pewien czas mogło się wydawać, że cała ta kategoria znalazła się na marginesie w roli rowerów dla początkujących albo sprzętu dla masochistycznych fanów XC. To wrażenie mówi jednak więcej o tym, gdzie przesunęła się uwaga rynku, niż o tym, co faktycznie działo się na trasach.

Hardtaile nigdy tak naprawdę nie znikły – po prostu przestały pełnić tę samą rolę. Gdy rowery z pełnym zawieszeniem weszły do głównego nurtu, hardtaile przesunęły się w bardziej wyspecjalizowane obszary, gdzie ich prostota i efektywność nadal są doceniane.

Ostatnio dzieje się jeszcze coś innego: po cichu, bez marketingowego szumu, hardtaile znów zaczęły się rozwijać.

Pełne zawieszenie powraca

Stajesz na początku dowolnej trasy i rozglądasz się – a wtedy okazuje się, że schemat jest oczywisty: wszędzie dominuje pełne zawieszenie: rowery trailowe, enduro i pojazdy z takim skokiem z tyłu, że spokojnie poradziłyby sobie ze zjazdem po klatce schodowej. Hardtail też czasem wejdzie nam w kadr – zwykle oparty o drzewo, trochę jak muzealny eksponat, na którym jeździ się z lekką ironią.

Ta zmiana nie zaskakuje. Rowery z pełnym zawieszeniem po prostu są naprawdę dobre. Konstrukcję zawieszenia porządnie dopracowano, dampery są coraz bardziej zaawansowane, a nowoczesna geometria sprawia, że te rowery są niezwykle stabilne. Pozwalają wjeżdżać w trudny teren z pewnością siebie godną kogoś, kto jeszcze nie do końca przemyślał konsekwencje jazdy z pełną prędkością po śliskich korzeniach i wyboistych ścieżkach.

Tak naprawdę same trasy przyspieszyły ten proces. Błyskawicznie namnożyły się bike parki. Flow traile wypierały techniczne ścieżki, zakręty nabierały formy band, a nierówności po hamowaniu zaczęto traktować jako element jazdy. Całe systemy tras zaczęły sprzyjać szybkim, zdecydowanym rowerzystom. W takich warunkach bardziej rozbudowane zawieszenie ma po prostu sens – łatwiej jechać szybko, gdy większość uderzeń rower bierze na siebie.

Rowerzyści zareagowali dokładnie tak, jak zawsze reagują, gdy technologia rozwiązuje problem: przyjęli ją natychmiast… a potem dorzucili jeszcze 20 milimetrów skoku, żeby było wiadomo, kto tu rządzi.

Producenci szybko podążyli za popytem. Rowery trailowe i enduro trafiły na okładki katalogów. Skoki zawieszenia zaczęły rosnąć, a tabelki z geometrią coraz częściej wyglądały tak, jakby opracowali je specjaliści, którzy nie ufają grawitacji.

Wniosek wydawał się prosty: nowoczesny rower górski przeszedł ewolucję, a hardtail –  jak wielu uznało – po cichu zjechał ze sceny.

Hardtaile nigdy nie zniknęły z wyścigów

Gdyby hardtaile rzeczywiście były przestarzałe, przede wszystkim zniknęłyby z zawodowego sportu. Elita porzuca sprzęt natychmiast, gdy pojawia się coś szybszego – sentyment nie jest dobrą strategią wygrywania. A jednak hardtaile nigdy nie zniknęły z linii startu XC.

Widać je regularnie na zawodach pucharu świata – szczególnie na takich trasach, które premiują przyspieszenie, efektywność i bezpośrednie przeniesienie mocy. Współczesne trasy cross-country bywają techniczne, ale jednocześnie wymagają częstych zrywów i ciągłej pracy w jeździe pod górę. W takich warunkach znaczenie mają każdy zbędny gram i każda strata energii wynikająca z pracy zawieszenia.

Wielu zawodników nadal wybiera między hardtailem a pełnym zawieszeniem w zależności od profilu trasy. Gdy teren staje się naprawdę trudny, do gry wkracza damper. Gdy trasa jest szybka, dynamiczna i oparta na utrzymaniu prędkości – hardtail wraca do łask.

Na tym poziomie decyzje są bezlitośnie pragmatyczne: liczy się tylko to, co pozwala jechać szybciej. Hardtaile wciąż są częścią tego wyboru, a to czegoś dowodzi.

[W ferworze tego technologicznego wyścigu zbrojeń hardtail przestał być gwiazdą sklepowych wystaw. © Profimedia]

Znikające ogniwo

Największa zmiana w świecie hardtaili nie polegała na tym, że zniknęły. Chodzi o to, że jedna ich kategoria po prostu wyparowała.

Przez lata rozwój w kolarstwie górskim wyglądał dość prosto: zaczynało się od podstawowego hardtaila, potem przychodził czas na lepszy model, a w międzyczasie pojawiały się coraz bardziej zdecydowane preferencje co do ciśnienia w oponach i standardów suportu. Gdzieś po drodze pojawiał się też rower z pełnym zawieszeniem – zwykle w takiej chwili, gdy liczba przejechanych kilometrów przekonywała kręgosłup, że jednak przydałoby się trochę więcej komfortu. Ten środkowy etap po prostu znikł.

Podstawowe hardtaile nadal świetnie się sprzedają. Wciąż są wejściem do świata MTB – rowerem, który kupujesz, zanim odkryjesz, że kask potrafi kosztować tyle co małe AGD. Na drugim końcu skali nadal obecne są wyczynowe hardtaile XC – ostre jak brzytwa maszyny wyścigowe, które stworzono z myślą o maksymalnej efektywności i prędkości. Skurczył się natomiast segment uplasowany między tymi dwoma światami, który zarazem ukierunkowany jest na entuzjastów.

Zamiast rozwijać się w ramach tej kategorii, wielu rowerzystów przeskakuje dziś pierwszy etap i od razu wybiera rower trailowy ze średnim skokiem zawieszenia. Sprzęt full suspension stał się tańszy w produkcji, łatwiejszy w utrzymaniu i znacznie bardziej atrakcyjny na zdjęciach do celów marketingowych – tam każdy wygląda tak, jakby zjeżdżał z góry z rekordową prędkością.

Z perspektywy konsumenta logika jest prosta: skoro zawieszenie daje więcej komfortu, kontroli i możliwości, po co zatrzymywać się w połowie drogi?

Rezultat jest taki, że tradycyjny „drugi hardtail” niemal wyparował ze sklepów. Rynek skurczył się do dwóch opcji: albo rowery dla początkujących, albo wyczynowe maszyny wyścigowe.

Powrót hardtaila w wersji trailowej

Gdy środkowy segment rynku znikał z salonów, równolegle zaczęło dziać się coś zupełnie innego – poza katalogami i głównym nurtem. Hardtaile wcale nie umarły – po prostu zmieniły swój kształt.

Nowoczesny trail hardtail nie ma zbyt wiele wspólnego z dynamicznymi rowerami XC, które wielu jeszcze pamięta. Geometria się wydłużyła. Kąty główki ramy – wypłaszczyły. Skok widelca urósł do 120–140 mm. Regulowane sztyce stały się standardem. Ramy wydłużono, mostki skrócono – i nagle rower stał się znacznie bardziej stabilny i pewny niż dawne wyścigowe patyki, które odbijały się od kamieni jak piłka. Nie są to rowery dla początkujących – projektuje się je w konkretnym celu.

Co ciekawe, wiele z nich zbudowano w mniejszych manufakturach – butikowi producenci w pełni ignorują to, co obecnie uznaje się w branży za standard. Stalowe ramy wróciły do łask. Aluminium nadal trzyma się mocno dzięki swojej trwałości. Cel się zmienił: już nie chodzi o najlżejszy możliwy rower, ale o coś bardziej wytrzymałego, prostszego i uczciwszego. Rowerzyści to zauważyli.

Trail hardtail nie udaje, że wszystko wygładzi. Kamienie pozostają kamieniami, korzenie –  korzeniami. Szlak nadal bardzo wyraźnie mówi, co o tobie myśli, a rama przekazuje to dalej bez upiększania. Części rowerzystów właśnie o to chodzi – zamiast tłumić wrażenia, rower zamienia jazdę w rozmowę ze szlakiem.

Ta sama prostota sprawia też, że hardtaile wciąż dominują w innej niszy: bikepackingu. Gdy zabierasz plecak i na kilka dni uciekasz w teren, mniejsza liczba ruchomych części nagle staje się ogromną zaletą. Hardtaile są lżejsze i eliminują ryzyko walki z zawieszeniem gdzieś na bezdrożach – a my jesteśmy uzbrojeni tylko w multitool i nadzieję, że jakoś to będzie.

W efekcie powstała kategoria, która funkcjonuje trochę obok głównego nurtu. Trail hardtaile nie są już oczywistym wyborem i rzadko pojawiają się w przykuwających uwagę kampaniach marketingowych. Wciąż jednak przyciągają tych, którzy cenią prostotę, trwałość i bezpośredni kontakt z terenem – nawet jeśli odpowiedzią roweru na kolejną przeszkodę jest tylko: „dobra, zobaczmy, jak pójdzie”.

Czy hardtaile są passé?

Nie bardzo – po prostu wydoroślały.

Jak każdy szanujący się trzydziestolatek dawno przestały próbować wygrywać konkursy popularności. Wiedzą, w czym są dobre – i to im wystarcza. Nie muszą gonić za każdym trendem ani udawać, że pasują wszędzie.

Branża poszła w stronę większego skoku, większych rowerów i jeszcze większych obietnic. Hardtaile spokojnie ustąpiły pola – przecież nigdy nie miały być rozwiązaniem dla wszystkich.

Zamiast tego stały się czymś znacznie ciekawszym: bronią wyścigową, kiedy liczy się efektywność, niezawodnym partnerem, gdy jazda trwa dni, a nie godziny, rowerem trailowym dla tych, którzy chcieliby poczuć, po czym jadą.

Hardtaile nie próbują już dominować – po prostu funkcjonują tam, gdzie nadal mają sens. Gdy spojrzymy na to, jak często pojawiają się na trasach, wyścigach i wyprawach bikepackingowych w dość wątpliwych warunkach, można odnieść wrażenie, że odpowiada im ten układ.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl