Słychać było tylko huk. W sześciu leżeli na asfalcie i sprawdzali, który odniósł najcięższe obrażenia. On akurat miał szczęście, choć tylko połowiczne – szybko doszedł do siebie, wrócił do treningów, ale dwa miesiące przed Tour de France… złamał grzebień biodrowy. Załamanie? Zwątpienie? Złożenie broni? Nie, wręcz przeciwnie. Poznajcie Warrena Barguila, zwycięzcę klasyfikacji górskiej tegorocznej Wielkiej Pętli!

23 stycznia 2016 r. Pierwszy dzień zgrupowania teamu Giant-Alpecin w Hiszpanii. Grupa kolarzy wracała do hotelu, gdy nagle zaczął na nich jechać samochód. Nie, nie był to pirat drogowy, który postanowił się sprawdzić na górskiej trasie, ani młodzieniaszek, którego poniosła fantazja. Za kierownicą siedziała 73-letnia Brytyjka.

Nie szarżowała z nadmierną prędkością, ale kierowała się prosto w grupę kolarzy. Powód? Jechała nie tym pasem co trzeba. Nie zdążyła odbić, a zawodnicy nie mogli uciec, bo jechali ok. 50 km/h, do tego droga nie miała pobocza. Skończyło się czołowym zderzeniem.

Kolejny wypadek i walka z czasem

– 300 metrów przed nami samochód wjeżdżał w zakręt, więc myślałem, że go wyrzuciło. Okazało się jednak, że nie jechał zbyt szybko, cały czas jednak po naszej stronie. Auto dopiero zaczęło hamować, kiedy doszło do kolizji – tłumaczył dziennikarzom Barguil.

– Leżeliśmy na ziemi, patrzyliśmy na siebie i pytaliśmy, czy wszystko w porządku. Zapanował jeden wielki chaos. Chwilę po wypadku robiliśmy sobie z tego żarty, ale dopiero teraz zrozumiałem, co się tak naprawdę wydarzyło i jak to się mogło dla nas skończyć – dodał 26-letni Francuz.

Barguil miał dużo szczęścia, bo tylko złamał nadgarstek. Jego kolega Chad Haga długo leżał w szpitalu, a Johnowi Degenkolbowi groziła utrata lewego palca. Za to Francuz już kilka miesięcy później startował w wyścigach.

Aż do kwietnia 2017 r., gdy podczas Tour de Romandie upadł na mokrym, a miejscami także zmrożonym asfalcie i złamał grzebień biodrowy. Mimo takiej kontuzji rokowania było dobre i zaczął się wyścig z czasem. Cel? Zdążyć na Tour de France, który zaczynał się za trochę więcej niż dwa miesiące.

Barguil zacisnął zęby, wziął się za rehabilitację i miesiąc później zaczął się ścigać. Na Wielką Pętlę wrócił już do formy. I to jakiej!

Rzeczywistość przerosła marzenia

Na początku drugiego tygodnia Tour de France Barguil przejął koszulkę w grochy (wcześniej jechało w niej czterech kolarzy), a później kręcił już tylko lepiej i po połowie wyścigu był murowanym faworytem do wjechania do Paryża jako lider klasyfikacji górskiej.

Brał udział w wielu odjazdach, regularnie zbierał punkty, a wisienką na torcie były dwa zwycięstwa etapowe. Ostatecznie uzbierał aż 169 punktów, a drugi po nim Primoż Roglicz – 80. Można było odnieść wrażenie, że większym problemem dla Francuza było dojście do siebie po „spotkaniu” z 73-letnią Brytyjką niż odjechanie rywalom podczas Tour de France.

Moim marzeniem było wygrać etap Wielkiej Pętli. Dwa zwycięstwa i triumf w klasyfikacji górskiej sprawiły, że rzeczywistość przerosła marzenia. Tegoroczny Tour de France to dla mnie jakieś absolutne szaleństwo: jazda po Polach Elizejskich w koszulce w grochy, stanie na podium na wprost Łuku Triumfalnego… Coś pięknego! – nie krył radości na mecie Barguil.

Przypomnijmy, że tegoroczny Tour de France wygrał Chris Froome, zieloną koszulkę za zwycięstwo w klasyfikacji punktowej (sponsorowaną przez ŠKODĘ) zdobył Michael Matthews, a białą (dla najlepszego młodzieżowca) – Simon Yates.

(źródło zdjęć: www.letour.fr © ASO/Pauline BALLET)