Przygotowania do mojego pierwszego wyścigu szosowego nie przypominają idealnego obrazka znanego z życia zawodowców – ludzi dysponujących nieograniczoną ilością czasu, perfekcyjnymi warunkami pogodowymi i planem, który niemal zawsze udaje się zrealizować. Moja droga wygląda raczej jak mieszanka improwizacji, wytrwałości i pogodzenia się z faktem, że codzienne życie rzadko podporządkowuje się harmonogramowi treningowemu. Oto jak radziłem sobie z sytuacjami, gdy rzeczywistość stawała na drodze mojego treningu przed L’Étape.
Styczeń był udany, choć z rowerem nie przesadzałem
Na początku roku nie miałem szczegółowego planu treningowego. Wiedziałem tylko, że chcę trochę pobiegać na nartach, a pogoda raczej nie pozwoli mi wsiadać na rower wtedy, kiedy będę miał na to ochotę. Nie mam w domu trenażera, więc postanowiłem improwizować zamiast stresować się koniecznością realizowania sztywnego planu.
Mój styczniowy trening okazał się mieszanką narciarstwa biegowego, łyżwiarstwa, pływania, wspinaczki boulderowej oraz okazjonalnej jazdy na rowerze (głównie górskim), gdy tylko warunki na to pozwalały. Nie był to idealny sposób przygotowań do wyścigu szosowego. Jeśli w przyszłym roku będę chciał poprawić wyniki, prawdopodobnie będę musiał kupić trenażer, żeby regularniej spędzać czas na siodełku. Mimo to byłem zadowolony – zimowe aktywności sprawiały mi przyjemność, a różnorodność treningów pozwalała uniknąć monotonii. Łącznie przejechałem zaledwie 150 km, a najdłuższa pojedyncza trasa liczyła tylko 45 km. Jednak po zsumowaniu wszystkich aktywności okazało się, że w styczniu byłem aktywny przez około 37 godzin, co trudno uznać za słaby wynik.
Trening bazowy bez obozu w Hiszpanii
Celem pierwszych miesięcy roku jest zbudowanie solidnej bazy tlenowej. Oznacza to zgromadzenie możliwie jak największej liczby godzin jazdy przy niskiej lub umiarkowanej intensywności. To właśnie w lutym trzeba było na dobre rozpocząć ten proces.
Wielu ambitnych amatorów planuje o tej porze roku wyjazd treningowy do Hiszpanii lub innego kraju, gdzie pod koniec zimy i na początku wiosny panują idealne warunki do jazdy na rowerze. Taki obóz pozwala wcześnie w sezonie odbyć wiele długich treningów przy ciepłej pogodzie. Tak – to kolejny element, który mógłbym poprawić w przyszłym roku. W tym sezonie nie miałem zaplanowanego żadnego wyjazdu treningowego do Hiszpanii. Musiałem radzić sobie w warunkach, jakie oferowała pogoda w Czechach. Doszedłem też do wniosku, że warto nieco lepiej uporządkować treningi i nadać im pewien rytm – najlepiej poprzez realizację konkretnego planu. Marzec był najlepszy
Byłem zdeterminowany, by pokonywać dłuższe trasy pomimo niskich temperatur – i już w lutym zdołałem podwoić dystans ze stycznia. Miesiąc zakończyłem wynikiem 300 km, a najdłuższa przejażdżka liczyła 75 km. Nie brakowało zmarzniętych stóp i chwil dyskomfortu – ale najbardziej cieszyło mnie to, że wreszcie zacząłem regularnie jeździć na rowerze szosowym.
Prawdziwy przełom nastąpił w marcu, gdy pogoda zaczęła się poprawiać. W ciągu miesiąca przejechałem 560 km, a większość treningów trwała po kilka godzin. Czułem, że coraz lepiej odnajduję się na rowerze. Wzrósł mój komfort jazdy, a wraz z nim także forma i ogólna wydolność.
Kwiecień przyniósł pierwsze problemy
Wraz z nadejściem naprawdę ciepłej pogody zaczęły dawać o sobie znać moje uczulenia i astma alergiczna. Przy każdym podjeździe czułem pieczenie w płucach, gorzej spałem, a do tego stałem się bardziej podatny na infekcje dróg oddechowych. Gdy przyplątało się przeziębienie, realizacja planu treningowego stała się znacznie trudniejsza. Nadal jeździłem, ale praktycznie nie byłem w stanie zwiększać intensywności treningów. Mimo wszystko udało mi się zaliczyć najdłuższą trasę w tym roku – ponad 100 km. W kwietniu przejechałem 560 km, czyli dokładnie tyle samo co w marcu. Nie był to więc miesiąc całkowicie stracony, ale z pewnością nie udało się zrealizować mojego planu w pełni.
Czy opuściłem zbyt wiele wartościowych treningów?
Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że mój okres budowania bazy treningowej przebiegł całkiem dobrze. O tej porze roku spędziłem na rowerze znacznie więcej czasu niż zwykle. Mam jednak obawy, ponieważ straciłem kilka tygodni, podczas których powinienem był stopniowo zwiększać intensywność treningów i poświęcać więcej czasu na wymagające podjazdy. Mam nadzieję, że przed wyścigiem uda mi się jeszcze odpowiednio podkręcić tempo przygotowań.
Tak właśnie wygląda rzeczywistość amatorskiego kolarza. Realizacja planu treningowego wcale nie przychodzi łatwo – a przecież nie wspomniałem jeszcze o wszystkich pięknych dniach, kiedy byłem całkowicie zdrowy, ale zamiast jechać na rower, spędzałem czas z rodziną. Ani o tym, że mimo braku korzyści dla formy kolarskiej nadal chodziłem na bouldering raz lub dwa razy w tygodniu – po prostu dlatego, że tam toczy się część mojego życia towarzyskiego.
Pozostaję jednak optymistą – wierzę, że do 20 czerwca będę w dobrej formie. Trzymajcie za mnie kciuki!




