Tour de France napisał kolejną piękną historię, a tym razem jej bohaterem został Mark Cavendish (Deceuninck-Quick Step). „Cav is back!” – zachwycają się kibice.

Tym razem jest to historia o sile, walce, wytrwałości, ale także długich okresach zwątpienia. Historia, która swój piękny happy end miała właśnie na Tour de France. Choć kto wie, może to jeszcze nie koniec?

Zegar bił coraz szybciej…

Jakiś czas temu wydawało się, że Cavendish zrezygnuje z kolarstwa. Szukał formy, nie omijały go kontuzje, miał też problemy ze znalezieniem zespołu, który chciałby na niego postawić. Miesiące mijały i zegar Cavendisha bił jakby szybciej. Kolejne wyścigi wygrywali coraz młodsi zawodnicy, którzy w peletonie mogliby się do niego zwracać per pan, a Cavendish zastanawiał się, czy to nie odpowiedni czas na zakończenie kariery. We wtorek 36-letni Brytyjczyk udowodnił jednak, że peleton jeszcze sporo może się od niego nauczyć.

„Kocham ten wyścig”

Na początku etapu nic nie wskazywało, że to właśnie Cavendish jako pierwszy przetnie linię mety. Na trasie trwały kolarskie szachy, dopiero kilkadziesiąt kilometrów przed metą Brytyjczyk włączył się do rywalizacji o lotną premię. Na finiszu też był jednym z wielu, którzy walczyli o wygraną, ale w ostatnie metry jakby włożył całą złość i frustrację, które mogły w nim siedzieć przez ostatnie miesiące, a nawet lata. Kręcił tak mocno, że od samego oglądania paliły mięśnie. Ręce do góry podniósł dopiero za metą, a chwilę później rozpłakał się jak dziecko.

– Nie wiem, co powiedzieć. To było coś niesamowitego, choć dalej nie mogę uwierzyć w to zwycięstwo. Kocham ten wyścig, ale nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś w nim wystartuję. Ogromnie dziękuję całemu mojemu zespołowi za pomoc. Oni nigdy nie przestali we mnie wierzyć – mówił szczęśliwy Cavendish.

Wyjątkowo wygrana

To 31. etap Tour de France wygrany przez Cavendisha. Po raz pierwszy w Wielkiej Pętli wystartował w 2007 roku, a w latach 2009-2012 wygrywał ostatnie etapy na Polach Elizejskich. Od jego ostatniego triumfu minęło jednak aż 5 lat! – I miał on miejsce również tutaj, w Fougeres [miasto, w którym zlokalizowana była meta 4. etapu – przy. red,], więc ta wygrana jest tym bardziej szczególna. Zwyciężyłem w karierze wiele razy, ale ten triumf smakuje wyjątkowo – podkreślał Cavendish.

Co dalej?

Kibice zadają sobie teraz pytanie, czy ta piękna historia będzie miała ciąg dalszy. Dzięki wtorkowemu zwycięstwu Cavendishowi brakuje już tylko wygrania czterech etapów Tour de France, by pod tym względem wyrównać rekord legendarnego Eddy’ego Merckxa. Zadanie będzie piekielnie trudne, ale przed zawodnikami jeszcze sporo ścigania. W środę odbędzie się jazda indywidualna na czas, a po niej kolejne dwa etapy, w których dzielić i rządzić będą sprinterzy. Później kolarze na dwa dni wjadą w góry, ale następnie czeka ich jeszcze kilka etapów, w których Cavendish może pokazać się z dobrej strony.

Na razie Brytyjczyka można rozpoznać po zielonej koszulce, ponieważ jest liderem klasyfikacji punktowej. Z kolei w generalnej prowadzi  Mathieu van der Poel (Alpecin-Fenix), przed Julianem Alaphilippem (Deceuninck – Quick Step) oraz Richardem Carapazem (Ineos Grenadiers).

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl