Oj, działo się przez ostatnie trzy tygodnie na francuskich szosach, które po raz 106. przemierzał peleton największego i najbardziej prestiżowego wyścigu kolarskiego świata – Tour de France. Zaczęło się nie najlepiej, bardzo nerwowo i niebezpiecznie. Wraz ze zrywanymi kartkami z kalendarza wyścig uspokajał się, jednak wciąż przysparzał mnóstwa emocji i wrażeń. Nie było jednej dominującej ekipy, choć lider wyścigu radził sobie doskonale w konkurencją i może stanąć na najwyższym stopniu podium TdF jeszcze wielokrotnie. Oczywiście sprzyjało mu szczęście i nie zaplątał się w żadną kraksę, ale tak jak mam w zwyczaju mówić – szczęście sprzyja lepszym.

Czy tegoroczny Tour de France był wyjątkowy?

Trudno to stwierdzić jednoznacznie, na pewno każdy wyścig jest inny i jednym się podoba, innym nie. Ja tegoroczny Tour oceniam na plus. Wykreował w moich oczach kilku bohaterów. Ale nie zapomnijmy o cieniach, które po części im sprzyjały.

27/06/2021 – Tour de France 2021 – Etape 2 – Perros-Guirec / Mur-de-Bretagne Guerledan (183,5 km) – Le duo de tete : J.Cabot (TEN), E.Theuns (TFS), en tete de course

T jak transparent

Fantazja kibiców jest wspaniała, zawsze dodawała nam otuchy i energii. Są takie etapy, że poza kołem poprzedzającego zawodnika nie widać nic, ale są też takie, kiedy kibice są potrzebni jak tlen. W tym gronie są niestety osoby bez wyobraźni, zachowujące się bardzo niebezpiecznie, czasem wręcz bezmyślnie. Tak właśnie było na pierwszym etapie, z natury bardzo nerwowym, otwierającym rywalizację, kiedy każdy jeszcze ma zerowe konto strat. Oczywiście wiemy, że nie było to umyślne, ale skończyło się tragicznie. Po tym dniu, finalnie bardzo szczęśliwym dla Francuzów, których kolarz jadący w koszulce mistrza świata założył żółty T-shirt, wielu zawodników miało liczne otarcia i rany. Dużo pracy miały sztaby medyczne, a Marc Soler choć do mety dotarł, to wskutek poniesionych obrażeń nie przystąpił do drugiego etapu.

A.S.O._Aurelien_Vialatte

 

A jak Alaphilippe

Drobny, choć z pokładami ogromnej energii i woli walki Francuz jeżdżący w najlepszej ekipie świata, Deceuninck-Quick Step, wygrał pierwszy etap. Święto we Francji, święto w drużynie Patricka Lefevere’a i jak się później okazało (przynajmniej taka jest moja teoria), szybkie zdjęcie presji na wynik z kolegów z drużyny. Bez pośmiepiechu wszystko wychodzi lepiej, tylko czy można stanąć na starcie najważniejszego etapowego wyścigu kolarskiego Oczywiście, że nie. Ale można stanąć z potwierdzoną tezą, że ma się dookoła jednych z najlepszych w swoim fachu. I być może właśnie tak Julian Alaphilippe otworzył drogę na szczyt Markowi Cavendishowi.

A.S.O._Pauline_Ballet

 

C jak Cav

Kibicowałem w niedzielę tylko jemu. Nie miałem wielu znajomych w peletonie tegorocznej edycji, a na pewno nie było ich w grupie faworytów ostatniego etapu. Cav wrócił w pięknym stylu dzięki pracy kolegów z drużyny oraz odzyskaniu wiary w samego siebie. To powinien być przykład stawiany za wzór niedowiarkom, osobom, które szybko się poddają i nie ufają w swoje możliwości. Mark był kolarzem wybitnym niemal od zawsze – od początku swojej kariery wygrywał największe wyścigi świata. Ale ostatnie lata staczał się po równi pochyłej. Długo się zastanawiałem, dlaczego manager Deceuninck-Quick Step postanowił podpisać z nim kontrakt. Powiem bez bicia, tak samo jak chyba większość środowiska nie wierzyłem w powrót Cava. A jednak utarł nosa nam wszystkim, za co mu bardzo dziękuję. Przez jego harce na tegorocznym Tour de France i wygrane cztery etapy kilka siwych włosów przybyło pewnie dzierżącemu rekord etapowych triumfów. Eddy Merckx, bo o nim mowa, ma ich na koncie 34, Mark Cavendish… również 34. Niestety na Polach Elizejskich, na których wygrywał w czasie swojej kariery czterokrotnie, nie pobił tego wyczynu. Musimy na ten moment poczekać do kolejnego TdF. Mark źle ustawił się na finiszu i ubiegł go mój kolejny bohater…

W jak Wout van Aert

Jak go scharakteryzować?
– Wygrywa etap prowadzący przez Mont Ventoux,
– wygrywa etap jazdy indywidualnej na czas,
– wygrywa ostatni etap wyścigu na Polach Elizejskich.
Tak, tak, dobrze widzicie, ten facet jednego dnia walczy z najlepszymi w górach, kolejnego finiszuje z najszybszymi w stawce, by po drodze do Paryża pokonać absolutnie wszystkich podczas jazdy indywidualnej na czas. Gdyby był w tegorocznej edycji etap po bruku, to pewnie w Paryżu na linii mety Wout miałby w górze uniesione cztery, a nie trzy palce. Co najlepsze – wywodzi się z kolarstwa przełajowego.

A.S.O._Pauline_Ballet

M jak Mathieu van der Poel

Wygrany etap i sześć dni w koszulce lidera wyścigu. W debiucie. Kolarz, który jest chyba najbardziej wszechstronny z całej stawki, ponieważ z powodzeniem ściga się nie tylko na szosie, ale również w przełajach oraz wyścigach MTB. Nie sposób tutaj nie wspomnieć, że jego najbliższym startem będzie występ na igrzyskach olimpijskich w wyścigu, uwaga… MTB cross-country. Czyż to nie jest piękne? To nie tylko zmiana pokoleń, ale i zmiana mentalności zawodników i managerów ekip. Nie ma już szufladkowania: szosowcy na szosę, przełajowcy na przełaj, a ci, którzy dobrze się czują w terenie, na rowery górskie. Teraz jeśli ktoś jest dobry, potrafi pogodzić wiele odmian kolarstwa. Świetnie w tej roli odnalazł się Mathieu, który wygraną na drugim etapie pod Mûr-de-Bretagne zadedykował swojemu zmarłemu dziadkowi, ikonie TdF Raymondowi Poulidorowi.

 

P jak pechowcy

Ta lista obejmuje kilka nazwisk, które mogły nieco zmienić losy wyścigu. Niestety na skutek nieszczęśliwego splotu wydarzeń kolarze ci albo skończyli wyścig na dalszych pozycjach, albo się z niego wycofali. Z jednej strony ułatwiło to młodemu Słoweńcowi Tadejowi Pogacarowi drugą z rzędu wygraną w wielkiej pętli. Z drugiej – taki jest sport i samo TdF, lider drużyny musi się trzymać z dala od problemów, a więc jak najbliżej czoła peletonu. Najbardziej mi szkoda Primoza Roglica. Ten były skoczek narciarski przebojem wdarł się do zawodowego peletonu i radzi. W zeszłym roku był drugi w klasyfikacji generalnej, na pewno przyjechał nastawiony na walkę o podium. Nie ukończył wyścigu. Marc Soler nie przystąpił do startu drugiego etapu. Trzeciego bardzo nerwowego etapu nie ukończył faworyt Bahrain Victorious, Jack Haig. Większe straty tego dnia ponieśli Michael Woods i Tao Geoghegan Hart. Ze złamanymi obojczykami zakończyli go Caleb Ewan oraz Robert Gesink. Taki to jest właśnie wyścig – idealnie pasuje do niego powiedzenie raz na wozie raz pod wozem. I w tę staropolską sentencję idealnie wpisuje się francuski kolarz Guillaume Martin, który po świetnym występie na 14. etapie wskoczył na drugie miejsce w klasyfikacji generalnej tylko po to, żeby kolejnego dnia po bardzo, ale to bardzo słabym zjeździe do mety w Andorze wszystko to stracić i spaść w klasyfikacji na miejsce dziewiąte.

Z jak zmiana pokolenia

To się dzieje na naszych oczach. Tadej Pogacar – 22 lata, Jonas Vingegaard – 24 lata, Ben O’Connor – 25 lat. To lista trzech najmłodszych zawodników z pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Młodzież absolutnie bez kompleksów radzi sobie coraz lepiej w kolarskim peletonie. Za tym być może przyjdą nowe standardy rozgrywania zawodów, bardziej nieprzewidywalne, bardziej wojownicze. Bez słynnego „betonowania” wyścigu, tylko rozgrywane z większą fantazją. Profesjonalizm i planowanie jest tutaj na pewno kluczem do sukcesu, jednak jak pokazał Pogacar na ósmym etapie do Le Grand-Bornand, rywali warto zaskoczyć tam, gdzie się tego najmniej spodziewają. Tym etapem i bardzo śmiałym atakiem Słoweniec zyskał największą przewagę nad konkurentami, a że był świetnie dysponowany, to w górach już tylko dopełnił formalności.

A.S.O._Pauline_Ballet

A jak Alejandro Valverde

Niestety w tegorocznym TDF Alejandro nie wygrał żadnego etapu, choć najbliżej był na tym do Andory, kiedy ubiegł go Sep Kuss, uciekając na zjeździe do mety. Kuss był u siebie, można by rzec, bo choć pochodzi z USA, to na co dzień mieszka właśnie w Andorze. W rozmowie podsumowującej TdF na kanale Eurosportu Dariusz Baranowski stwierdził, że Cavendish odrodził się, ale to Valverde nigdy nie odszedł. Ma rację. Niesamowity hart ducha i wola walki weterana w peletonie TdF. Czy to był jego ostatni wyścig tej rangi? Większość twierdzi, że raczej nie, że „Bala” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Uszanujemy każdą decyzję byłego mistrza.

A.S.O._Charly_Lopez

N jak nasi

Rafał Majka i Michał Kwiatkowski, czyli nasi najlepsi obecnie kolarze. Obaj pomagali, byli widoczni, choć patrząc w wyniki, można odnieść wrażenie, że w tegorocznej wielkiej pętli nie odegrali żadnej znaczącej roli. Nic bardziej mylnego. Kolarstwo to sport drużynowy i tutaj wielu pracuje na sukces jednego. Z każdego wyścigu rozliczana jest cała drużyna, dlatego samo znalezienie się w składzie na Tour de France jest wielkim wyróżnieniem i świadczy o klasie zawodnika. Rafał jako najważniejszy górski pomocnik zwycięzcy całego wyścigu był widoczny dokładnie wtedy, kiedy miał być z przodu, i dyktował bardzo mocne tempo, szykując pole do ataku dla Pogacara. Michał Kwiatkowski był widoczny praktycznie wszędzie, zawsze mi imponowało, jak wiele radości ma ze ścigania się. Organizuje drużynę, gdy mocno wieje, osłania lidera, pomaga w górach, a czasem nawet widać go z przodu na płaskich końcówkach etapów. Oczywiście dla nas, kibiców, nieco smutne jest to, że nasi nie wygrywają, choć mają ku temu potencjał. Wiemy, że mamy w stawce szanowanych i bardzo mocnych przedstawicieli, wiemy, że robią to, co do nich należy, wiemy, że będą mieli swoje szanse, żeby pokazać, na co ich stać. Może już za kilka dni w Tokio? Powodzenia, panowie.

A.S.O._Charly_Lopez

Š jak ŠKODA

ŠKODA jest obecna na TdF, odkąd pamiętam, a słynny czerwony samochód prowadzi kolarzy codziennie przez 21 dni. W tym roku oczy wszystkich były zwrócone na wielkiego SUV-a Generalnego Dyrektora Wyścigu. To właśnie ŠKODA ENYAQ iV przejęła rolę mobilnego centrum zarządzania największym etapowym wyścigiem świata. ŠKODA w tym roku była wyjątkowo widoczna, TdF skończyła piękną ekspozycją w Paryżu. Patron zielonej koszulki dla najlepszego sprintera wyścigu wręczył ją nie tylko mojemu bohaterowi – wiem, że Cavendish poniósł za sobą tłumy swoim wspaniałym powrotem i wielu z wypiekami na twarzy śledziło jego poczynania na ostatnim etapie. Stawką było pobicie rekordu wszech czasów, nie udało się – ale może to lepiej. Niech te dwa symbole TdF będą sobie równe. Przynajmniej przez najbliższy rok.

A.S.O._Charly_Lopez

G jak góry

Każdy wielki wyścig to góry. To one weryfikują klasę zawodnika, jego umiejętności taktyczne przy rozkładaniu sił i kunszt na zjeździe. To góry wystawiają psychikę na największy sprawdzian i powodują walkę między wycofaniem się i kontynuacją. Dlatego tak je kocham. Mieszkam daleko od tych wysokich, ale te, które mam w zasięgu solidnego treningu, w zupełności mi wystarczają. Czasem więc wracam w te moje góry, przypominam sobie czasy, kiedy bez większej zadyszki pokonywałem w pojedynkę moje ulubione lokalne podjazdy. W pojedynkę, bo wszyscy towarzysze treningu zostawali z tyłu. I teraz było niby podobnie, czyli na rowerze byłem sam, ale miałem obstawę, dzięki której szybko wróciły wspomnienia najlepszych lat w peletonie. Jaka to wygoda mieć za sobą czuwający nad sytuacją samochód serwisowy, w którym mamy zapas picia, dodatkową bluzę lub przeciwdeszczową pelerynę, a nawet jakieś zapasowe koło, by w razie defektu nie męczyć się z wymianą dętki. Do tego obsada samochodu złożona z bardzo ważnych osób. Mojemu tacie zawdzięczam to, dokąd doszedłem jako sportowiec. Zawsze mnie wspierał i kilkukrotnie wsadzał na rower, gdy miałem go szczerze dość po kolejnym kryzysie. Rodzice oglądali wszystkie moje wyścigi, więc nie musiałem długo namawiać taty do wyjazdu w góry w formie supportu.

Brandovo.

E Jak ENYAQ iV

Do testów miałem w pełni elektrycznego SUV-a ŠKODA ENYAQ iV 80 i to w kolorze czerwonym, czyli identycznym jak samochód prowadzący peleton TdF. Znów mogłem się poczuć jak zawodowiec, choć za moimi plecami nie było słychać silnika, tylko szum opon. Wiedziałem jednak, że w razie potrzeby pomoc tam jest. Dla drugiego pomocnika, czyli mojego młodszego syna, to też był fajny wyjazd, mógł poczuć się jak członek drużyny kolarskiej, podając mi bidony na podjazdach. Zobaczył miejsca, w których jeszcze nie był, i zobaczył z bliska tatę na rowerze. Sam też zrobiłem ŠKODĄ ENYAQ iV sporo kilometrów. Na początku byłem mocno sceptyczny, bałem się ładowania prądem, bo sieć stacji jest jeszcze uboga, ale zasięg tego auta wynoszący ponad 400 km dodał mi otuchy. I faktycznie, przy odpowiedniej jeździe i umiejętnym zarządzaniu odzyskiwaniem energii spokojnie można tym samochodem zrobić nawet w górach tyle kilometrów. Oczywiście ja nie wybrałem się na tak dużo, bo z zasady trenuję na czas, a na 400 km w górach zabrakłoby dnia, mocno też powątpiewam, czy wystarczyłoby mi prądu w nogach. Na pewno tego prądu nie zabrakłoby w akumulatorach samochodu, co jest bardzo rozwojowe i ważne. Sam samochód zrobił na mnie wielkie wrażenie. Środek przestronny, ładnie wykończony, sporo systemów wspomagania kierowcy i bardzo wygodna i intuicyjna obsługa. Na początku trochę dziwnie się czułem, gdy po kliknięciu START/STOP nie odzywał się silnik. Jednak pedał gazu służy dokładnie do tego samego co w każdym innym modelu ŠKODY, więc po jego wciśnięciu auto żwawo rusza.

Brandovo.

Sezon kolarskich zmagań nie kończy się na TdF, zawodnicy jeżdżą z wyścigu na wyścig, a więc i elektryczne pojazdy ŠKODY zobaczymy jeszcze nie raz. Na pewno na zawodach, które organizuje ASO, będziemy mogli powrócić myślami do tego, co działo się podczas najważniejszego z wielkich Tourów. A jeśli nie jesteśmy zbyt sentymentalni, to możemy próbować obstawiać losy kolejnych wyścigów, już nie tak medialnych, ale wciąż ważnych. Czerwona ŠKODA ENYAQ iV bezpiecznie i profesjonalnie doprowadziła rozpędzony peleton aż do Paryża. Coraz mniej dziwi silnik elektryczny w samochodzie, tak jak standardem stał się silnik elektryczny w rowerze. Niestety zawodowi kolarze nie mają tyle szczęścia i nie mogą skorzystać z pomocy elektrycznego wspomagania.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl