Pokaz siły Tadeja Pogacara! W Pirenejach Słoweniec zaprezentował się jak kolarz z innej planety i tylko katastrofa może odebrać mu triumf w Tour de France. To jednak wcale nie oznacza końca emocji na Wielkiej Pętli.

Czwartkowy etap zamknąć można w cyfrze trzy – trzeci wygrany etap Pogacara, jego prowadzenie w trzech klasyfikacjach i trzy kroki do wygrania całej Wielkiej Pętli. Słoweniec znów pokazał moc i jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to w niedzielę będzie świętował na Polach Elizejskich.

Rywale próbowali…

Pytanie raczej nie brzmiało: „czy?”, ale „jak” w Pirenejach Pogacar pokaże siłę. No i pokazał w najlepszy możliwy sposób, wygrywając zarówno w środę, jak i w czwartek. – To niesamowite. Po pierwszym górskim etapie czułem się dobrze, a teraz jestem bardzo szczęśliwy. Było ciężko, ale to wszystko jest szalone – cieszyły się na mecie Pogacar.

23-letni Słoweniec zaatakował niewiele ponad 3 km przed metą. Rywale próbowali jeszcze walczyć, wyskakiwali na czoło, ale to do Pogacara należało ostatnie słowo.

Na metę wjechał samotnie, przed Jonasem Vingegaardem (Jumbo-Visma) i Richardem Carapazem (INEOS Grenadiers). Tym samym Słoweniec powiększył przewagę w klasyfikacji generalnej i już tylko kataklizm jest mu w stanie odebrać zwycięstwo. Pogacar woli jednak dmuchać na zimne. – Daję sobie 50 proc. szans na wygranie Touru, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Do końca zostały 3 dni, ale wygląda to dobrze – przyznaje.

Ogromna przewaga

Dziś zawodników czeka jeszcze płaski etap z Mourenx do Libourne (207 km), a po nim kolarze zmierzą się w indywidualnej jeździe na czas. Tym razem będą rywalizowali na niespełna 31-kilometrowej trasie z Libourne do Saint-Emilion. – Jazda na czas to konkurencja, w której zawsze daję z siebie wszystko. Nie mogę już się jej doczekać – przyznaje Pogacar.

To właśnie podczas tzw. czasówki Słoweniec rok temu wyrwał wygraną Primożowi Roglicowi. Dziś jednak przewaga Pogacara wydaje się zbyt duża, poza tym wśród rywali już nie widać nadziei na przewrócenie klasyfikacji generalnej. Jonas Vingegaard (Jumbo-Visma) i Richard Carapaz (INEOS Grenadiers) tracą do lidera już blisko sześć minut, a kolejni zawodnicy – ponad osiem.

Emocje do samego końca

Pokaz siły Pogacara nie oznacza jednak, że emocje na Tour de France się skończyły. Ciągle trwa bowiem walka o triumf w klasyfikacji punktowej, gdzie na prowadzeniu jest Mark Cavendish (Deceuninck – Quick Step), ale po piętach depcze mu Michael Matthews (Team Bikeexchange).

Cavendish walczy jednak nie tylko o zieloną koszulkę, ale również o pobicie rekordu Eddy’ego Merckxa. Jeśli Brytyjczyk wygra jeszcze jeden etap, stanie się zawodnikiem z największą liczbą triumfów etapowych w historii Wielkiej Pętli! Wiele wskazuje, że Cavendish w niepewności będzie trzymał kibiców do ostatniego dnia, bo to właśnie ściganie na Polach Elizejskich swego czasu było jego specjalnością. Zmienił się z kolei lider klasyfikacji górskiej, a został nim… Pogacar i jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to Słoweniec zgarnie trzy nagrody – za triumf w klasyfikacji generalnej, młodzieżowej i właśnie górskiej.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl