Podziel się:

Przez lata traktowałem kolarstwo bardzo poważnie, dalej mam do tego sportu duży sentyment i obserwuję go z uwagą. Jako profesjonalny kolarz chcąc nie chcąc musiałem zwracać uwagę na każdy szczegół swojego życia – od dobrego snu i jedzenia poprzez jakość i merytorykę treningu do tak nieoczywistych rzeczy, jak choćby robione na zamówienie karbonowe wkładki do butów. Wszystko po to, by było na bogato – bo tylko odpowiednie inwestycje przekładały się na sukces.

Ale jak to odnieść do życia rodzinnego i próby zarażenia dziecka jakąś dyscypliną sportu? Czy iść od razu w jakość, czy może w ilość – i przetestować jak najwięcej rodzajów sportu? Gdy chodziłem do podstawówki, były zajęcia uzupełniające oraz SKS, które w zależności od prowadzącego były bardziej lub mniej rozbudowane. Pamiętam, że większości ogólnodostępnych sportów próbowałem właśnie na nich. W sumie szkoła powinna być sitem, przez które przesiewane są dzieciaki pod kątem swoich predyspozycji. Jest niestety inaczej, jednak z pomocą idą zazwyczaj płatne, ale profesjonalnie zorganizowane zajęcia w klubach sportowych.

Tak więc jaką drogę wybrać, czy uparcie dążyć do jednego celu? Skoro ja byłem kolarzem, to czy wszystkie moje dzieci muszą jeździć na rowerach, koniec i kropka? Czy lepiej poświęcić rok lub nawet dwa na podstawowe szkolenie i poznanie jak największej liczby sportów? To działanie trochę chaotyczne, trochę po łebkach, takie skakanie z kwiatka na kwiatek, ale pokazujące większy przekrój umiejętności, a może nawet ukrytych talentów. Myślę, że sporo wody w Wiśle upłynie, nim w Polsce powstanie rządowy program badań bazujący na testach sprawnościowych, badaniach krwi, a nawet badaniach wysiłkowych. Taki program pozwoliłby zidentyfikować predyspozycje naszego dziecka na podstawie jego wydolności fizycznej i rodzaju włókien mięśniowych – bez potrzeby szukania albo co gorsza dokonania na początku drogi złego wyboru.

I tym oto sposobem ostatnie słowa poprzedniego akapitu są wstępem do obecnego. Co się stanie, gdy wybierzemy źle? Nie ulega przecież wątpliwości, że wyboru dokonują rodzice. Dlatego w mojej ocenie warto zacząć wcześniej i próbować, kombinować, testować. Pamiętajmy, że w danej dyscyplinie nasze dziecko może pozostać bardzo długo, po drodze zmieniać trenerów, kluby, a nawet kraje czy kontynenty. Warto więc na początku pójść po łebkach, jeśli chodzi o nasze wydatki. Gdy już trafimy na przyciągające się bieguny, możemy zacząć inwestować w sport naszego dziecka. I tutaj bywa różnie, w jednych dyscyplinach idzie to gładko i sprawa rozbija się o dobre buty i strój do biegania, w innych bez kilku tysięcy nie ma po co chwytać do ręki koszyka na zakupy. Warto zdawać sobie z tego sprawę na etapie wstępnej selekcji możliwości. Choć wiadomo, że cel uświęca środki, znamy przypadki, gdy rodzice tak wierzyli w swoje dziecko, że byli gotowi sprzedać dorobek swojego życia, jeśli miało to umożliwić kolejny krok, a nawet wielką karierę. Owszem, kto nie ryzykuje, szampana nie pije, ale czy to aby na pewno dobra droga? Nie wydaje mi się.

Kolejna sprawa to wiek naszego malucha. Zawsze to fajnie, kiedy możemy i chcemy rozwijać zainteresowania dziecka oraz motywować je do ciężkiej pracy nowymi gadżetami. Ale myślę, że do pewnego wieku dzieciaki powinny mieć jak najbardziej wyrównane szanse. Oczywiście nie wszędzie jest to możliwe, ale warto zwrócić na to uwagę. W młodych kategoriach wiekowych duże znaczenia ma rozwój dziecka, każde dorasta przecież w swoim tempie, inaczej pracują hormony. Te dysproporcje można redukować za pomocą sprzętu, ale później, kiedy ta różnica zniknie (w kategoriach młodzieżowych czy elity), ważna stanie się psychika. To jest bardzo istotna sprawa. Osiąganie życiowych sukcesów w kategoriach dziecięcych i młodzieżowych nie jest sztuką, wyzwaniem jest przetrwać i dojść do elity. Nie zawsze więc wygrywanie w żakach, młodzikach czy juniorach młodszych dzięki rowerowi za 20 000 zł jest dobre dla głowy zawodnika. Gdy później w starszych kategoriach wymagać się od niego będzie rywalizacji na tym samym sprzęcie co koledzy, istotnym czynnikiem będzie umiejętność przetrwania wszystkich chwil słabości.

Reasumując – jeśli miałbym coś polecić, to zapisujcie dzieciaki na przeróżne zajęcia sportowe i uzupełniające. Prawda jest taka, że im więcej, tym lepiej. Oczywiście nie wszystkie sporty da się uprawiać od wieku 5–6 lat, takie kolarstwo na przykład jest otwarte na adeptów od 10. roku życia, bo prawnie tylko wtedy można zrobić kartę rowerową. Ale od czego w takich przypadkach są rodzice? Obopólna korzyść to zabranie dzieciaka na trening i zrobienie własnej rundki dla zdrowia. Po dwóch, trzech latach prób uda nam się wyłapać z rozmów z dzieckiem i trenerami, gdzie ten układ funkcjonuje najlepiej. Może być tak, że nie zadziała nigdzie, dlatego wspomniałem o zajęciach dodatkowych. Mój najstarszy syn na przykład metodą prób i błędów trafił na… modelarstwo. Ale gdy droga zostanie już ukierunkowana, wtedy powoli można czynić starania, by krok po kroku zabawa w sport szła w zawodową stronę, bo to daje szanse na wynik, a wynik przekłada się na finanse. Co po finansach, to już wiecie.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl

 

 

Ta strona używa plików cookies

Więcej informacji dotyczących Twoich praw oraz przetwarzania Twoich danych osobowych poprzez pliki cookies znajdziesz w Informacjach dotyczących przetwarzania danych osobowych za pomocą cookies i innych technologii sieciowych. Poniżej możesz wyrazić zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych w celu prowadzenia statystyk i analizy zachowań użytkownika.