Niniejsza strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji dot. przetwarzania danych osobowych za pomocą plików cookies oraz dot. Twoich praw można znaleźć w sekcji Informacje dot. przetwarzania danych osobowych za pomocą plików cookies oraz innych technologii web. Poniżej możesz wyrazić zgodę na przetwarzanie danych osobowych także do celów wymienionych poniżej.

Trzykrotny mistrz świata, dwukrotny wicemistrz olimpijski, czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju. Legenda i jeden z najwybitniejszych polskich kolarzy, którego dopingowały miliony kibiców. – Kiedyś się ukrywałem, by mieć trochę spokoju. Dziś już nie muszę, ale to miłe, gdy ktoś sobie o mnie przypomni – mówi w specjalnym wywiadzie dla We Love Cycling Ryszard Szurkowski.

Legendarny polski kolarz opowiada nam o kolarskiej taktyce, politycznych naciskach oraz ofertach, które lądowały w szufladzie, a o której istnieniu nawet nie wiedział…

Spotkałem się z określeniem, że pod względem sukcesów i popularności był Pan „Adamem Małyszem lat 70.”. Zgodzi się Pan z tym?

– Taki werdykt mogą wydać tylko kibice.

Ale 40 lat temu wokół Pana też było takie zainteresowanie?

– Nie chcę wyjść na zarozumiałego, ale… Podam tylko jeden przykład – podczas Wyścigu Pokoju na dawnym Stadionie Dziesięciolecia było 100 tys. ludzi, a drugie tyle stało na drodze do hotelu, gdzie mieszkaliśmy. Nie chodziło jednak tylko o mnie, ale w ogóle o polski sport.

No bo, komu dziś w świecie grają polski hymn narodowy? Głównie naszym sportowcom, a nie naukowcom czy politykom, oczywiście nic im nie ujmując. A usłyszeć hymn, to coś najważniejszego dla kogoś, kto się utożsamia z ojczyzną. W latach 70. grano hymn kolarzom, lekkoatletom, ciężarowcom, zapaśnikom, piłkarzom. Właściwie tylko polskim sportowcom! Na zgrupowaniach przed sezonem wszędzie spotykało się mistrzów olimpijskich: Szewińska, Baszanowski, Komar, Kozakiewicz. Trudno było nie być mistrzem w momencie, gdy przebywało się w takim towarzystwie.

Od lat 90. sport cieszy ludzi tak samo, ale stał się inny – bogaty i bardzo komercyjny. Ubiory są kolorowe, a zawody świetnie pokazywane w telewizji. Ale to dobrze, bo emocje pozostały. Sport to dla ludzi ciągle jedna z najważniejszych rzeczy, może oprócz wybitnych odkryć naukowych.

Do dziś ludzie poznają Pana na ulicy?

– Tak, ale ci w kategorii 45+. Młodsi tylko wtedy, gdy w domu mówi się o sporcie i jego historii. Starsi jednak doskonale mnie pamiętają. Kiedyś się ukrywałem, by mieć trochę spokoju. Dziś już nie muszę, ale to miłe, gdy ktoś sobie o mnie przypomni. Ludzie kojarzą mnie po głosie i po sylwetce.

Skoro zachował Pan sylwetkę, to tylko dobrze o Panu świadczy.

– Ale niestety czupryna już nie taka czarna jak kiedyś (śmiech).

Tytuły mistrza świata, wicemistrza olimpijskiego, zwycięstwa w Wyścigu Pokoju. Osiągnięć ma Pan wiele, ale któreś jest dla Pana szczególne??

– Trudne pytanie… Pierwszy duży sukces jest dla sportowca bardzo ważny, bo utwierdza w tym, że znajduje się na dobrej drodze. Z kolei drugi jest chyba trudniejszy do osiągnięcia, bo jest się już obserwowanym i pilnowanym przez przeciwników. Za to następne zwycięstwa udowadniają, że mimo upływu czasu i przyjścia młodych, jesteś w stanie ciągle wygrywać. To buduje pewność siebie. Może taką najważniejszą wygraną było pierwsze mistrzostwo świata? To był przełom w polskim kolarstwie… Ale czy kolejne zwycięstwa były mniej ważne? Chyba nie, bo dla sportowca każda wygrana jest szczególna.

W peletonie miał Pan opinię doskonałego taktyka. Na czym to polegało?

– Kolarstwo w moich czasach było zupełnie inne, niezwykle trudne. Wygrywali zawodnicy wszechstronni – dobrzy w górach, sprintach i jeździe na czas. A do tego należało być taktykiem. Mówiło się, że drużyna pracuje na lidera, ale tak było tylko w niektórych wyścigach, np. mistrzostwach świata. Natomiast w innych trzeba było samemu główkować, jak pokonać przeciwnika. Jak walczyć z kimś, kogo znam, a jak z kolarzem, o którym tylko słyszałem.

Dziś grupa dowozi zawodnika do finiszu, a kiedyś trzeba było być z przodu lub gonić, a potem pokonać resztę. Nikt nikomu za bardzo nie pomagał … Kolarzem podobnym do tych z moich czasów jest teraz Petr Sagan, który nie ma mocnej drużyny, ale często sam atakuje i wygrywa. U nas trzeba było znaleźć się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, następnie przeanalizować siły, a później liczyła się moc. Słabi nie wygrywali, nawet przez przypadek.

Podczas Wyścigu Pokoju częściej jechał Pan w żółtej koszulce niż w innym trykocie. Wszyscy kibice zawsze liczyli, że to Szurkowski będzie liderem. Jak Pan sobie poradził z tą presją?

– A może sobie nie poradziłem? Bo jak byłem w wysokiej formie i wygrywałem inne wyścigi, to w Wyścigu Pokoju powiedziałem: „dość”. Czułem ciężar nie tylko w trakcie, ale też przed wyścigiem, więc po sześciu edycjach zrezygnowałem. Pewnie nie było to po myśli działaczy politycznych, ale ja już miałem dość tej odpowiedzialności.

To zabrzmiało tak, jakby czuł się Pan przegranym w Wyścigu Pokoju, tymczasem Pan go wygrał aż cztery razy!

– Po każdym sezonie szło się do urzędu kultury fizycznej, a tam padały pytania o następców. Atmosfera była taka, że czułem, jakby ktoś mówił, żebym dał sobie już spokój, bo przyjdą inni. W 1976 r. dostałem nawet propozycję wyjazdu do Japonii na pokazowe wyścigi torowe, a przecież to było zaraz po przyjeździe z Igrzysk Olimpijskich [Polacy zdobyli tam srebrny medal w jeździe drużynowej na czas].

Słyszałem, że zrobiłem dużo dobrego dla kadry, więc może to już czas, bym odsunął się w cień i wyjechał. Oczywiście nie na zawodowstwo do Belgii, Włoch, czy Francji, ale do Japonii, gdzie nikt już o mnie nie będzie słyszał. Taka atmosfera nie pomagała psychicznie, więc zrezygnowałem.

Tymczasem do przejścia na zawodowstwo kusiły Pana największe europejskie drużyny.

– Przychodziło sporo ofert, ale większość lądowała w szufladzie, o której istnieniu nawet nie wiedziałem…

Żałował Pan, że to były takie czasy?

– Wówczas nie miało się tego, co chciało się mieć, tylko to, co państwo dawało. I tyle.

Z tego powodu nie mógł Pan wystartować w największym wyścigu świata – Tour de France.

– W Polsce było wielu zawodników, którzy mogliby tam wygrywać etapy. Mogliśmy się tylko pocieszać, że ci, którzy wtedy wygrywali w Tour de France, przegrywali z nami na wyścigach, w których mogliśmy jechać. Oni byli nazywani zawodowcami, ale spokojnie byśmy sobie z nimi poradzili. Oni też doskonale o tym wiedzieli. Mówili, że byłoby fajnie, gdybyśmy pojechali wszyscy razem, ale z drugiej strony mieliby problemy z wygrywaniem.

Ale mimo to nie żal Panu tego Tour de France?

– Wielu rzeczy w życiu żal, ale co mogłem zrobić?

Dziś prowadzi Pan sklep rowerowy w Warszawie. Zauważa pan, że coraz więcej osób chce uprawiać ten sport?

– Jazda rekreacyjna w Polsce cały czas się rozwija. W sklepie ruch mamy spory, ludzie kupują dobry sprzęt. Nie biorą najtańszego, tylko lepszy. Wiedzą, że jak kupi się coś porządnego, to w końcowym rozrachunku będzie tańsze, bo dłużej i lepiej posłuży. Fajnie, że Polacy coraz chętniej jeżdżą na rowerach.