Kilka lat temu wskakiwał na siodełko, mocował bidon, wciskał kask i kręcił. I to jak kręcił! 11-krotny uczestnik wielkich tourów, 9-krotny mistrz Polski, 3-krotny zwycięzca Tour de Pologne. Dziś siada w fotelu, bidon kładzie obok, a na głowę zamiast kasku zakłada słuchawki. Ciągle jednak jest przy kolarstwie, już nie jako zawodnik, ale komentator. O tym, dlaczego Tour de France jest magiczny, komentatorska dziupla stresująca, a spodenki kolarskie czasem zbędne, opowiada specjalnie dla WeLoveCycling.pl Dariusz Baranowski, legendarny polski kolarz, dziś komentator Eurosportu.

Komentatorzy Eurosportu: Tomasz Jaroński, Dariusz Baranowski, Adam Probosz. 

Zapraszam na trzy tygodnie do Francji. Ma Pan do wyboru – wylegiwanie się na Lazurowym Wybrzeżu lub morderczą jazdę na Tour de France.

– (śmiech) Całe życie spędziłem przy kolarstwie, więc wybieram Tour. A na Lazurowe zdążyłbym jeszcze pojechać w sierpniu. Tour de France to jednak wielkie przeżycie – dla zawodnika, dla teamu, dla kibiców.

Magia unosi się w powietrzu?

– Na pewno, czuje się ją głównie dzięki mediom, dziennikarzom, telewizjom. Sponsorzy największych drużyn wyniku wymagają właśnie na Tour de France. Płacą wielkie pieniądze po to, by zaprezentować się na Wielkiej Pętli, a w mniejszej mierze na Giro d’Italia czy Vuelta a España. W Tour de France najlepsze drużyny wystawiają najlepszych kolarzy i to najlepiej przygotowanych. Na 100 procent! Do niczego innego nie trenują, bo nie ma większego wyścigu. Na Tour de France nikt nie jedzie treningowo, dla wszystkich to impreza docelowa.

Giro lub Vuelta są w stanie odebrać Wielkiej Pętli palmę pierwszeństwa?

– To się nie zmieni. Nie chodzi nawet o trasę, bo czasem inne wyścigi mają ciekawszą. Na przykład w tym roku na Tour de France brakowało mi gór, met na szczytach i  czasówek. Ale prestiż Wielka Pętla zawsze ma największy.

Ten wyścig bardzo się zmienił od czasów, gdy Pan w nim startował?

– Niewiele. Zawsze to było wydarzenie roku, z tłumami kibiców i maksymalnym nastawieniem zawodników. O, może drużyny się rozbudowały. Przywożą coraz więcej sprzętu, coraz więcej ciężarówek. Mają swoje kuchnie, kucharzy i dużo dodatkowych komfortowych rzeczy, na przykład materace czy poduszki dla zawodników, klimatyzatory. Za moich czasów tego nie było.

W tym roku po raz czwarty wygrał Chris Froome. Jeszcze dwa zwycięstwa i przejdzie do historii. Ma na to szansę?

– Nic nie wskazuje, by musiał przestać wygrywać. Oczywiście może być różnie, bo nawet najwyższa forma nie gwarantuje zwycięstw. Chwila nieuwagi, defekt, kontuzja i wygrana przepada… Ale w tej dyspozycji jest w stanie wygrać jeszcze kilka razy.

Coraz większą rolę na Tour de France odgrywają Polacy. W poprzednich latach Rafała Majka zwyciężał w klasyfikacji górskiej, w tym roku czasówkę wygrał Maciej Bodnar przed Michałem Kwiatkowskim.

- Szkoda kraksy Majki, bo walczyłby w klasyfikacji generalnej, a po to głównie jedzie się w Tour de France. Piękną pracę dla Froome’a wykonywał Kwiatkowski, cały świat to zauważył. Michał, były mistrz świata, potrafił poświęcić swoją moc i przygotowania dla Froome’a. Był w bardzo dobrej formie, mógłby wygrać kilka etapów, ale podporządkował się liderowi do ostatniego grama mocy. Za to Bodnar dokonał czegoś wielkiego. W czasówce zwyciężają najmocniejsi, tam nie ma przypadku, nikt nie odpuszcza. To wspaniały wynik!

A jak Pan się czuje po tej drugiej stronie telewizora, w roli komentatora?

– Nie zamierzałem tego robić. Tomek Jaroński z Eurosportu proponował mi współpracę, gdy jeszcze byłem kolarzem. Parę razy spróbowaliśmy, ale nie traktowałem tego poważnie. Ostatnio jednak czuję się w tej roli coraz lepiej, więcej komentuję… No nie wiem, chyba powoli oswajam się z tym, że przez najbliższy czas będzie to moje zajęcie.

Spodobało mi się, jestem wciąż przy kolarstwie, czyli zajmuję się tym, co towarzyszy mi od 14. roku życia. Podczas komentowania czasem czuję, jakbym tam był. Emocje też się pojawiają… Jest fajnie.

Wydaje się, że w Eurosporcie macie niezły team. Tyle że nie zawodniczy, ale komentatorski.

– Różnimy się, każdy ma coś swojego do zaprezentowania, więc się uzupełniamy. Nie ma rywalizacji, potrafimy dyskutować. Chcemy tworzyć team, do którego każdy coś wnosi.

Jak się Pan czuł, gdy po raz pierwszy zamknęli Pana w dziupli komentatorskiej? Kolarstwo do tej pory kojarzyło się Panu z wolnością, przestrzenią i krajobrazami, tymczasem ten pokoik komentatorski jest naprawdę niewielki.

– Powoli się z nim oswajam… W towarzystwie każdy o kolarstwie zawsze miał dużo do powiedzenia, ale jak się wchodzi do dziupli, dostaje się słuchawki, drzwi się zamykają – wszystko się zmienia. W słuchawkach słychać helikopter, motocykl, realizatorów z Paryża, naszych realizatorów. Do tego dochodzi masa informacji, w których trzeba odnaleźć swoje myśli. Z początku też jest stres. Świadomość, że wielu ludzi tego słucha, sprawia, że człowiek czuje odpowiedzialność.

Etap trwa pięć godzin, a w tym czasie trzeba coś przegryźć, napić się, wyjść do ubikacji…

– Tegoroczny Tour de France był komentowany na żywo w całości, więc to było wyzwanie. Cóż, mamy przerwy reklamowe, choć nie za długie. Wtedy można rozprostować kości, napić się wody. Zresztą ja zawsze mam przy sobie bidon, po kolarsku (śmiech). Stoi obok i jak zaschnie w gardle, to mogę łyknąć.

A jak po takim siedzeniu mają się… cztery litery…

– Fotele mamy bardzo wygodne (śmiech).

No tak, poza tym Pan podczas kariery przyzwyczaił się do siedzenia.

– No tak, choć na troszkę innym siodełku (śmiech).

Szczerze: jeździ Pan jeszcze czy po tylu latach ma się dość roweru?

– Chęci mam olbrzymie, ale czasu coraz mniej. W tym roku przejechałem jakieś 2,5 tys. km, a to bardzo mało. W dniu komentowania nie mam możliwości, bo muszę przygotować się do relacji, dojechać do Warszawy itd. Są też inne zajęcia – rodzina, dom, ogród, żona, syn. Do tego mamy jeszcze buldogi angielskie, które są naszą pasją. Na rower zostaje mniej czasu, ale chęci wielkie.

A jak już Pan znajdzie czas, to ile pan przejeżdża?

– Poniżej 50-60 km nie schodzę. W żargonie kolarskim mówiliśmy, że na 30 km to się spodenek nie opłaca zakładać (śmiech). Dopiero przy 100-110 km dobrze się czuję. Jeździmy też z żoną, ale na rowerach turystycznych. Wtedy pokonujemy po 20-30 km.

Żona nie musi za Panem krzyczeć: zwolnij, to nie Tour de France!

– Jak jestem sam, to nie lubię wolno jeździć. Jak już jadę, to mocno. Po powrocie do domu lubię poczuć, że byłem na rowerze. Z żoną jazda jest jednak spokojna. Bez rywalizacji i szaleńczego tempa.

Spotyka Pan coraz więcej jeżdżących Polaków?

– Tak i wcale się im nie dziwię, bo rower jest bardzo fajny. Wsiąść po pracy, godzinkę popedałować, odstresować się, nie myśleć o problemach. Nie ma nic lepszego niż rower.

(źródło zdjęć: archiwum własne Dariusza Baranowskiego)

Kilka lat temu wskakiwał na siodełko, mocował bidon, wciskał kask i kręcił. I to jak kręcił! 11-krotny uczestnik wielkich tourów, 9-krotny mistrz Polski, 3-krotny zwycięzca Tour de Pologne. Dziś siada w fotelu, bidon kładzie obok, a na głowę zamiast kasku zakłada słuchawki. Ciągle jednak jest przy kolarstwie, już nie jako zawodnik, ale komentator. O tym, dlaczego Tour de France jest magiczny, komentatorska dziupla stresująca, a spodenki kolarskie czasem zbędne, opowiada specjalnie dla WeLoveCycling.pl Dariusz Baranowski, legendarny polski kolarz, dziś komentator Eurosportu.

Komentatorzy Eurosportu: Tomasz Jaroński, Dariusz Baranowski, Adam Probosz. 

Zapraszam na trzy tygodnie do Francji. Ma Pan do wyboru – wylegiwanie się na Lazurowym Wybrzeżu lub morderczą jazdę na Tour de France.

– (śmiech) Całe życie spędziłem przy kolarstwie, więc wybieram Tour. A na Lazurowe zdążyłbym jeszcze pojechać w sierpniu. Tour de France to jednak wielkie przeżycie – dla zawodnika, dla teamu, dla kibiców.

Magia unosi się w powietrzu?

– Na pewno, czuje się ją głównie dzięki mediom, dziennikarzom, telewizjom. Sponsorzy największych drużyn wyniku wymagają właśnie na Tour de France. Płacą wielkie pieniądze po to, by zaprezentować się na Wielkiej Pętli, a w mniejszej mierze na Giro d’Italia czy Vuelta a España. W Tour de France najlepsze drużyny wystawiają najlepszych kolarzy i to najlepiej przygotowanych. Na 100 procent! Do niczego innego nie trenują, bo nie ma większego wyścigu. Na Tour de France nikt nie jedzie treningowo, dla wszystkich to impreza docelowa.

Giro lub Vuelta są w stanie odebrać Wielkiej Pętli palmę pierwszeństwa?

– To się nie zmieni. Nie chodzi nawet o trasę, bo czasem inne wyścigi mają ciekawszą. Na przykład w tym roku na Tour de France brakowało mi gór, met na szczytach i  czasówek. Ale prestiż Wielka Pętla zawsze ma największy.

Ten wyścig bardzo się zmienił od czasów, gdy Pan w nim startował?

– Niewiele. Zawsze to było wydarzenie roku, z tłumami kibiców i maksymalnym nastawieniem zawodników. O, może drużyny się rozbudowały. Przywożą coraz więcej sprzętu, coraz więcej ciężarówek. Mają swoje kuchnie, kucharzy i dużo dodatkowych komfortowych rzeczy, na przykład materace czy poduszki dla zawodników, klimatyzatory. Za moich czasów tego nie było.

W tym roku po raz czwarty wygrał Chris Froome. Jeszcze dwa zwycięstwa i przejdzie do historii. Ma na to szansę?

– Nic nie wskazuje, by musiał przestać wygrywać. Oczywiście może być różnie, bo nawet najwyższa forma nie gwarantuje zwycięstw. Chwila nieuwagi, defekt, kontuzja i wygrana przepada… Ale w tej dyspozycji jest w stanie wygrać jeszcze kilka razy.

Coraz większą rolę na Tour de France odgrywają Polacy. W poprzednich latach Rafała Majka zwyciężał w klasyfikacji górskiej, w tym roku czasówkę wygrał Maciej Bodnar przed Michałem Kwiatkowskim.

- Szkoda kraksy Majki, bo walczyłby w klasyfikacji generalnej, a po to głównie jedzie się w Tour de France. Piękną pracę dla Froome’a wykonywał Kwiatkowski, cały świat to zauważył. Michał, były mistrz świata, potrafił poświęcić swoją moc i przygotowania dla Froome’a. Był w bardzo dobrej formie, mógłby wygrać kilka etapów, ale podporządkował się liderowi do ostatniego grama mocy. Za to Bodnar dokonał czegoś wielkiego. W czasówce zwyciężają najmocniejsi, tam nie ma przypadku, nikt nie odpuszcza. To wspaniały wynik!

A jak Pan się czuje po tej drugiej stronie telewizora, w roli komentatora?

– Nie zamierzałem tego robić. Tomek Jaroński z Eurosportu proponował mi współpracę, gdy jeszcze byłem kolarzem. Parę razy spróbowaliśmy, ale nie traktowałem tego poważnie. Ostatnio jednak czuję się w tej roli coraz lepiej, więcej komentuję… No nie wiem, chyba powoli oswajam się z tym, że przez najbliższy czas będzie to moje zajęcie.

Spodobało mi się, jestem wciąż przy kolarstwie, czyli zajmuję się tym, co towarzyszy mi od 14. roku życia. Podczas komentowania czasem czuję, jakbym tam był. Emocje też się pojawiają… Jest fajnie.

Wydaje się, że w Eurosporcie macie niezły team. Tyle że nie zawodniczy, ale komentatorski.

– Różnimy się, każdy ma coś swojego do zaprezentowania, więc się uzupełniamy. Nie ma rywalizacji, potrafimy dyskutować. Chcemy tworzyć team, do którego każdy coś wnosi.

Jak się Pan czuł, gdy po raz pierwszy zamknęli Pana w dziupli komentatorskiej? Kolarstwo do tej pory kojarzyło się Panu z wolnością, przestrzenią i krajobrazami, tymczasem ten pokoik komentatorski jest naprawdę niewielki.

– Powoli się z nim oswajam… W towarzystwie każdy o kolarstwie zawsze miał dużo do powiedzenia, ale jak się wchodzi do dziupli, dostaje się słuchawki, drzwi się zamykają – wszystko się zmienia. W słuchawkach słychać helikopter, motocykl, realizatorów z Paryża, naszych realizatorów. Do tego dochodzi masa informacji, w których trzeba odnaleźć swoje myśli. Z początku też jest stres. Świadomość, że wielu ludzi tego słucha, sprawia, że człowiek czuje odpowiedzialność.

Etap trwa pięć godzin, a w tym czasie trzeba coś przegryźć, napić się, wyjść do ubikacji…

– Tegoroczny Tour de France był komentowany na żywo w całości, więc to było wyzwanie. Cóż, mamy przerwy reklamowe, choć nie za długie. Wtedy można rozprostować kości, napić się wody. Zresztą ja zawsze mam przy sobie bidon, po kolarsku (śmiech). Stoi obok i jak zaschnie w gardle, to mogę łyknąć.

A jak po takim siedzeniu mają się… cztery litery…

– Fotele mamy bardzo wygodne (śmiech).

No tak, poza tym Pan podczas kariery przyzwyczaił się do siedzenia.

– No tak, choć na troszkę innym siodełku (śmiech).

Szczerze: jeździ Pan jeszcze czy po tylu latach ma się dość roweru?

– Chęci mam olbrzymie, ale czasu coraz mniej. W tym roku przejechałem jakieś 2,5 tys. km, a to bardzo mało. W dniu komentowania nie mam możliwości, bo muszę przygotować się do relacji, dojechać do Warszawy itd. Są też inne zajęcia – rodzina, dom, ogród, żona, syn. Do tego mamy jeszcze buldogi angielskie, które są naszą pasją. Na rower zostaje mniej czasu, ale chęci wielkie.

A jak już Pan znajdzie czas, to ile pan przejeżdża?

– Poniżej 50-60 km nie schodzę. W żargonie kolarskim mówiliśmy, że na 30 km to się spodenek nie opłaca zakładać (śmiech). Dopiero przy 100-110 km dobrze się czuję. Jeździmy też z żoną, ale na rowerach turystycznych. Wtedy pokonujemy po 20-30 km.

Żona nie musi za Panem krzyczeć: zwolnij, to nie Tour de France!

– Jak jestem sam, to nie lubię wolno jeździć. Jak już jadę, to mocno. Po powrocie do domu lubię poczuć, że byłem na rowerze. Z żoną jazda jest jednak spokojna. Bez rywalizacji i szaleńczego tempa.

Spotyka Pan coraz więcej jeżdżących Polaków?

– Tak i wcale się im nie dziwię, bo rower jest bardzo fajny. Wsiąść po pracy, godzinkę popedałować, odstresować się, nie myśleć o problemach. Nie ma nic lepszego niż rower.

(źródło zdjęć: archiwum własne Dariusza Baranowskiego)