Rower ze wspomaganiem elektrycznym to mniej więcej taka nowość jak kiedyś automatyczna skrzynia biegów. Wniosek jest jeden – nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz.

Ja spróbowałem, ale czy się przekonałem? Jestem dość konserwatywny, nie mniej jednak jako osoba, która prowadzi akademię kolarską dla dorosłych, widzę w tym rozwiązaniu wielki potencjał. Do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić, jedne nowości trafiają do naszej świadomości szybciej, z innymi oswajamy się dłużej.

Dla mnie jako byłego zawodowca rower i sama na nim jazda kojarzą się tylko z jednym – pracą nóg lub całego ciała i towarzyszącym temu zmęczeniem. Chodzi o narastający wysiłek – z minuty na minutę, godziny na godzinę, dnia na dzień. Oczywiście i na rowerze wspomaganym układem elektrycznym można się porządnie zmęczyć, ale ja chciałbym się skupić na korzyściach płynących z tego rozwiązania. Korzyściach głównie dla osób początkujących, zapracowanych czy z nadwagą, nie dla mocno zaawansowanych użytkowników chcących wyszarpać komuś KOM-a na Stravie; tu gramy fair. Jazda na rowerze, czy szerzej pojęte trenowanie kolarstwa, potrafi być bardzo przyjemna, ale dopiero po przekroczeniu pewnej granicy. Mam tutaj oczywiście na myśli dojście do przyzwoitej kondycji fizycznej, przy której zaadaptowany do wysiłku organizm łatwiej poradzi sobie z kolejnym treningiem czy nawet wzniesieniem na trasie. Niestety w obecnej sytuacji większość początkujących osób jest tak zapracowana, że nie ma szans na swobodne wygospodarowanie czasu niezbędnego, by dojść do formy, w której rower stanie się tylko przyjemnością. Inna sprawa to chęć szybkiego osiągnięcia celu. Często spotykam się z ludźmi, którzy chcą już teraz, najdalej za miesiąc, mieć efekty. Tak się nie da, nie w kolarstwie – to sport, który uczy pokory. Na rowerze życia nie oszukasz, tu nie ma zmiłuj się, a kolarska przysłowiowa bomba nie wybiera. Mamy więc obecnie dostęp do narzędzia pomocnego w treningu zarówno dla początkującego, jak i zaawansowanego rowerzysty. Eksplorując nowy teren na wakacjach, nie musimy się obawiać „odcięcia” energii w nogach, bo na elektryku jazda jest i łatwiejsza, i dużo przyjemniejsza. Nie będziemy się skupiać na idei kolarstwa, oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to nie kolarstwo. Można się z tym zgodzić, ale nie trzeba.

Dla każdej osoby, która walczy z wolnym czasem, chce jeździć na rowerze, ale granica dwugodzinnego treningu/dwugodzinnej jazdy na rowerze jest nie do pokonania z powodu braku kondycji, rower elektryczny będzie dobrym rozwiązaniem. Wyjazd na weekend i kręcenie przez dwa, trzy dni – kto by nie chciał; pewnie większość ma takie ambicje, ale nie wielu jest w stanie sobie z tym poradzić. Wyjazd na wakacje i zwiedzanie nowych rejonów, nieznanych szlaków, kolejne mityczne podjazdy i zjazdy w Alpach, Pirenejach czy Dolomitach. To tutaj podczas Tour de France czy Giro d’Italia wspinali się nasi bohaterowie i idole, żywe legendy kolarstwa. Wycieczka z dziećmi w foteliku lub przyczepką – kto próbował z takim dociążeniem wjechać na jakikolwiek podjazd, wie, co mam na myśli.  Te wszystkie luki wspaniale uzupełniać może właśnie rower z napędem elektrycznym. Skonstruowany tak, że dokłada tyle samo mocy, ile my sami produkujemy, więc zapomnijcie o całkowitym lenistwie, nogami ciągle kręcić trzeba. Zmęczyć się zmęczymy prędzej czy później, ale dzięki opcji wyboru trybu możemy regulować stopień, w jakim rower będzie nam pomocny w danej chwili. Jeśli jesteś ambitnym rowerzystą, możesz zrobić trening i odpowiednio się przy tym zmęczyć.

Moim zdaniem to jest przyszłość rowerowej turystyki. Być może również w treningu szosowym lub MTB taki rower może znaleźć zastosowanie. Gdy z kilkoma kilogramami więcej po zimie wchodzimy w trening bazowy i męczy nas strasznie każdy podjazd, a granica trzech godzin jest nieosiągalna, rower elektryczny będzie jak znalazł. Tutaj pewne rzeczy natury fizjologicznej możemy przyspieszyć dzięki takiemu legalnemu wspomaganiu. Na MTB podczas treningu techniki zjazdu w terenie, gdy po każdym technicznym odcinku w dół czeka nas długi podjazd, sposobem na pokonanie danego odcinka kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt, a nie kilka razy, może być właśnie rower z napędem elektrycznym.

Wydaje się, że zastosowań jest wiele. Od szeroko pojętej turystyki, poprzez pomoc w treningu kondycyjnym, do realnego wsparcia przy interwałowym treningu techniki, gdy jesteśmy skupieni na zjazdach, a wjazd po prostu podjechać trzeba. Wycieczki rodzinne z dziećmi, zwiedzanie nowych szlaków i mityczne podjazdy. Nie bez kozery w większości wypożyczalni rowerowych w wakacyjnych kurortach królują rowery elektryczne, bo taka forma może być przyjemna od pierwszego do ostatniego kilometra.

Spędziłem na elektryku ŠKODY kilka godzin, po mnie również kilka znajomych osób testowało ten rower. Reakcja u każdego była identyczna – kręcenie z niedowierzaniem głową i ogólna akceptacja takiej formy wsparcia. Postanowiłem nawet przeprowadzić eksperyment, do którego zaprosiłem jednego z moich sponsorów. Wyniki były zaskakujące również dla mnie, ale o tym opowiem Wam w specjalnie na tę okazję nakręconym filmie. Różnica poziomów i możliwości motorycznych zawodnika jest nieporównywalnie większa. Zakładam, że każdy, kto ma pojęcie o jeździe na rowerze i coś tam jeździ, spokojnie da sobie radę na ciężkim treningu z zawodowym kolarzem. Oczywiście do czasu wyczerpania baterii, ale zasięg 100-120 km naprawdę robi wrażenie.

 

Nie namawiam Was do przesiadania się na rowery ze wspomaganiem elektrycznym, ale z mojego punktu widzenia, byłego zawodowca, trenera i opiekuna sporej grupy w Huzar Bike Academy, naprawdę widzę w takim rozwiązaniu potencjał. A najfajniejsze jest to, że ciągle trzeba pedałować, czasem nawet bardzo mocno, ale to już zależy, z kim jeździcie na co dzień. Bawcie się dobrze, spróbujcie, a na pewno się Wam spodoba. Najważniejsze, że wielu z Was rower ten wyciągnie na świeże powietrze i zmusi do ruchu. W tym wydaniu sport to samo zdrowie.