Urodził się w Nairobi, bracia grali w rugby, tata reprezentował Wielką Brytanie w hokeju na lodzie, a wysłannicy Team Sky wyłowili go podczas wyścigu charytatywnego dla nastolatków – to wszystko już wytrawni kibice kolarstwa wiedzą. Teraz niewiadoma w sprawie Chrisa Froome’a jest jedna, ale absolutnie kluczowa – czy przejdzie do historii Tour de France? Kolejny wielki krok zrobił w niedzielę, gdy po raz czwarty wygrał Wielką Pętlę.

Napisać, że Froome jest wielkim kolarzem,  to nic nie napisać. Od lat zawsze wśród faworytów wielkich wyścigów i to nie w roli czarnego konia, ale pewnego kandydata do zwycięstwa. Kolarz skazany na wygrywanie, w którego żyłach aż buzuje krew zwycięzcy.

Przez lata Froome nauczył się jednak hamować pęd do wygrywania za wszelką cenę i właśnie to uczyniło z niego wielkiego kolarza.

Każda wygrana jest inna, za każdą stoi jakaś wyjątkowa historia. Każdy wyścig to nowa bitwa, a wszystkie są szczególne. Tegoroczną zapamiętam jako najbardziej wyrównaną, bo różnice były niewielkie – przyznał Froome w niedzielę na mecie na Polach Elizejskich.

Chris Froome jak Adam Małysz

Od początku tegorocznego wyścigu jechał bardzo równo. Nie szarżował, nie rzucał wszystkiego na jedną kartę. Wytrawny strateg i generał, na każdym kilometrze mógł liczyć na pomoc świetnych żołnierzy z Team Sky, bez których nie miałby szans na triumf.

Froome był jak Adam Małysz, który przez lata recytował swoje formułki o dwóch dobrych skokach. Brytyjczyk nie skakał, ale kręcił. Nie dwa razy, ale 21. I w efekcie nie wygrał żadnego etapu, ale za to zwyciężył w całym wyścigu. Dla porównania – gdy rok temu triumfował w Tour de France, dwukrotnie mijał metę jako pierwszy.

Tylko na początku tegorocznego ścigania jechał w zwykłym trykocie swojego teamu, bo żółtą koszulkę przez cztery pierwsze etapy miał jego rodak Geraint Thomas. Na piątym Froome odbił obiekt westchnień wszystkich kolarzy, później oddał go jeszcze na dwa dni Włochowi Fabio Aru, ale potem już do końca utrzymywał bezpieczną przewagę.

Froome wygrał w świetnym stylu i wykręcił kapitalny wynik. Średnio podczas całego Tour de France jechał 40,995 km/h. Większą prędkość zwycięzca Wielkiej Pętli osiągnął tylko raz – Lance Armstrong w 2005 r. Z kolei przed rokiem średnia prędkość była niższa – 39,571 km/h – ale wynikało to także z trudności trasy.

Nieoszlifowany diament

Froome od zawsze jadł małymi łyżkami. Najpierw rodzice przymierzali go do innych sportów, później jeździł zupełnie amatorsko, aż w końcu z tłumu chłopców na rowerach wyłowił go Dave Brailsford, generalny menedżer Team Sky. W drużynie szybko nazwali go nieoszlifowanym diamentem. I jak się okazało, był to diament, który wyjątkowo łatwo poddał się profesjonalnej obróbce.

Dziś Brytyjczyk ma na koncie już cztery zwycięstwa w Tour de France i tylko jedno dzieli go od przejścia do historii. Pięć wygranych to bowiem rekord, a tyle razy wyścig w żółtej koszulce kończyli Jacques Anquetil, Eddy Merckx, Bernard Hinault i Miguel Indurain (siedmiokrotnie Wielką Pętlę wygrywał Lance Armstrong, ale został złapany na dopingu i jego osiągnięcia anulowano).

Za wcześnie mówić, czy uda mi się wygrać po raz piąty, ale fajnie byłoby przejść do historii. Teraz jednak przyszedł czas na świętowanie, bo ten wyścig był moim największym wyzwaniem w karierze – podkreśla 32-letni Froome.

Brytyjczyk za wygraną w Wielkiej Pętli otrzymał pół miliona euro, a za każdy dzień spędzony w koszulce lidera dostał dodatkowe 500 euro.

Przypomnijmy, że w tegorocznym Tour de France zieloną koszulkę dla najlepiej punktującego zawodnika (sponsorowaną przez ŠKODĘ) zdobył Michael Matthews, koszulkę w grochy (klasyfikacja górali) wygrał Warren Barguil, a białą (najlepszy młodzieżowiec) – Simon Yates.

(źródło zdjęć: www.letour.fr © ASO/Pauline BALLET)