Wyścig, którego nienawidzisz od samego początku, ale wiesz, że tu wrócisz, jeśli tylko ktoś da ci kolejną szansę. Słyszałem to powiedzenie wiele razy. Lecz dopiero, gdy sam tego spróbowałem, zrozumiałem, o co w tym kolarskim powiedzonku tak właściwie chodzi.

To stało się mniej więcej w okolicy 2. etapu i już wtedy, podczas mojego pierwszego Tour de France, wiedziałem, że będą to bardzo, bardzo długie trzy tygodnie. Największy, najcięższy, najważniejszy – to trzy najprostsze słowa opisujące trzytygodniowe ściganie we Francji. Tutaj wszystko jest naj… Do tego stopnia, że czasem się zastanawiam, dlaczego Tour de France nie jest rozgrywany w USA, przecież to zawsze w Ameryce wszystko było największe. Ale to francuski wyścig, bez sztucznego naginania statystyk, ma wszystko naj, od poziomu sportowego, poprzez sprzętowe nowinki, nazwiska na liście startowej, oprawę startu i mety,  kibiców po kolumnę reklamową jadącą przed zawodnikami. W tym roku również w częstości relacji telewizyjnych Tour de France pobił o kosmiczną długość resztę peletonu, gdyż wyścig jest transmitowany na żywo od startu do mety. Współczuć można komentatorom, ale z drugiej strony codzienne zmagania zawodników na trasie obserwuje tyle osób co finał Super Bowl. Liczby i statystyki mówią same za siebie – zwrot z inwestycji w kolarstwo jest największy.

W trzy tygodnie z piekła do nieba

Jechałem Tour de France trzy razy z rzędu w latach 2014-2016. Wcześniej, przez kilka dobrych lat  poprzedzających moje (raczej marne) wojaże we Francji, ekscytowałem się wyścigiem z kanapy, a teraz znów w roli kanapowego kibica patrzę na te zmagania zupełnie inaczej. Na własnej skórze przeżyłem to, co teraz widzę w telewizji. Tour de France jest najbardziej nerwowym z trzytygodniowych wyścigów, a przejechałem wszystkie, więc mam porównanie.

Pierwszy tydzień jest dramatycznie obciążający dla psychiki. Myślę, że tu wszystkie parametry zmęczeniowe są głównie podbijane przez stres. Oczywiście do tego zmęczenie fizyczne, narastające z dnia na dzień, etapy raczej płaskie, wietrzne, więc z dodatkową „gwiazdką” w skali trudności. To taki etap, gdzie otwierają się drzwi do każdej klasyfikacji w wyścigu, a większość startujących czuje super power i przypływ adrenaliny. Wtedy każdy jest sprinterem, góralem lub kandydatem na „generalkę”.

To sieje w peletonie spustoszenie, wprowadza napiętą atmosferę, to taki czas, gdy głupio można stracić bardzo wiele. W kontekście końcowej klasyfikacji generalnej prawda jest taka, że nic nie zyskasz w pierwszym tygodniu, ale stracić możesz wszystko. To rodzi kraksy i wszystkie sytuacje nerwowe, gdyż najzwyczajniej w świecie każdy chce być z przodu peletonu, bo tam jest najbezpieczniej, ale miejsca jest dla kilkunastu, może kilkudziesięciu zawodników. Dlatego bywały etapy, gdzie 70 km przed metą nie było już szans przebić się do przodu, a walczący o jak najlepsze pozycje peleton jechał 50 km/h. W miarę spokojnie robi się po pierwszym prawdziwie górskim etapie, kiedy już większość zawodników wie, gdzie ich miejsce, gdy wreszcie do około 180 osób w peletonie dotarło, że nie wygrają jednak tego wyścigu. Wtedy z przodu robi się spokojniej, luźniej, mniej nerwowo. Każdy zna już swoje miejsce w tym barwnym wyścigu przecinającym Francję. Zmieniają się priorytety, cześć zawodników chce tylko dojechać do mety, część marzy, by wygrać etap, a są i tacy, którzy liczą na zebranie się do ucieczki dnia. Teraz każdy jedzie już swój mały wyścig, bo klasyfikacja generalna zawęża się do dziesięciu potencjalnych tryumfatorów na Polach Elizejskich. Nie znaczy to wcale, że wyścig z dnia na dzień staje się lżejszy, lecz po prostu kompletnie się zmienia w stosunku do pierwszego tygodnia.

Tylko dla orłów

Być albo nie być – tutaj liczy się tylko wygrany. Przegranym jest już ten na drugim miejscu i choć wciąż trzeba być wybitnym sportowcem, by skończyć ten wyścig w pierwszej dziesiątce, pamięta się tylko tego, kto stoi na najwyższym stopniu podium. Idę nawet o zakład, że bez wujka Google mało kto wymieni nazwisko drugiego zawodnika wyścigu z zeszłego roku. Pamiętamy, kto wygrał i może poszczególne klasyfikacje, ale niewiele więcej.  A proszę mi uwierzyć – ukończenie tych trzytygodniowych zmagań w pierwszej dwudziestce zarezerwowane jest dla wybitnie utalentowanych zawodników.

Na Tour de France trzeba jechać doskonale przygotowanym. Forma fizyczna, nastawienie psychiczne, miesiące przygotowań, testów, zgrupowań. Litry potu i dziesiątki tysięcy kilometrów spędzonych w siodle. Podjazdy, zjazdy, jazda indywidualna na czas i drużyna. W wyścigu jedzie dziewięciu zawodników w każdej z ekip, ale do obsługi tych dziewięciu jest przynajmniej dwadzieścia osób. Każda drużyna na Tour de France ma około sześciu samochodów osobowych, ciężarówkę na sprzęt, autobus, mobilną kuchnię, samochód prasowy… uff. Zapytacie dlaczego? Każdy zawodnik ma do dyspozycji od pięciu do nawet dziesięciu rowerów, zapasowe koła, ramy, stroje, kaski, bidony (około pięć tysięcy!) zapasowe opony i podzespoły. Do tego warunki pracy obsługi muszą być optymalne, gdyż oni też walczą przez trzy tygodnie. Walczą podobnie jak zawodnicy na trasie. Sprzęt musi działać perfekcyjnie, pranie musi być zrobione, jedzenie na etap przygotowane, a  każdy detal ma tu znaczenie. Nic nie może zawieść, bo gdy to się zdarza, to zawsze w najważniejszym momencie wyścigu – taka złośliwość rzeczy martwych. Być albo nie być. Pomyśl, że przegrywasz etap przez śrubkę za pięć złotych – tu naprawdę nie ma miejsca na błędy.

Mikroprocenty decydują w zawodowym sporcie o wszystkim, bo o ile wszyscy znają się na aerodynamice, metodyce treningu, psychologii sportowej, to w ostatecznym rozrachunku decydują detale, setki małych szczególików, które dają nam albo przewagę nad konkurencją, albo stratę. Wyobraźcie sobie zawodowego kolarza, człowieka prawie ze stali, gościa, który jak górska kozica przemierza alpejskie przełęcze i robi rocznie około 30 tysięcy kilometrów na rowerze, a na pierwsze piętro w hotelu wjeżdża windą. Przez te trzy tygodnie wszystko ma znaczenie. Dlatego zawodnicy, siadając rano do śniadania, o wszystko, czego nie ma na stole, proszą masażystę. A te lepiej zorganizowane drużyny mają ciężarówki przerobione na kuchnie, żeby system żywienia, otoczenie i rozmieszczenie poszczególnych produktów były perfekcyjne.

Przeskoczyć samego siebie

Jednak w całym procesie regeneracji najważniejszy jest sen. 21 etapów plus 2 dni przerwy to daje 23 dni wyścigu. Wystarczy spać dziennie o godzinę dłużej, by zyskać 23 godziny snu. Inne rzeczy, jak kompresyjna odzież, elektrostymulacje, masaż, komfortowy autobus, ogólnie pojęty relaks czy wanny z zimną wodą po etapie, to wszystko wpływa na te mikroprocenty, o których pisałem wcześniej.  Doskonałym przykładem niech będzie opracowanie strategii żywieniowej na poszczególne etapy i dostosowanie ich do każdego zawodnika z osobna. Bo przecież ktoś ucieka, ktoś goni, a ktoś grzecznie czeka schowany w peletonie, żeby wyrwać do przodu na ostatnich 200 metrach. Kolarstwo zawodowe to chłodna kalkulacja. Jeden z najcięższych sportów fizycznych świata. To trzeba kochać, inaczej nie ma szans, by dojść do takiego wyścigu jak Tour de France, i nie ma szans, by go ukończyć. Start w Tour de France pokazał mi, że mogę dużo więcej, bo inaczej zostanę wyrzucony z wyścigu za przekroczenie limitu czasowego na etapie. Często chciałem powiedzieć pas, po pięć-sześć godzin dziennie na rowerze, w zmiennych warunkach pogodowych, gdy boli cię dosłownie wszystko, a za metą czeka… kolejny etap.

Do Paryża niesie sportowa ambicja, najbliższa rodzina, kibice i właśnie drużyna. A na finał, pod Łuk Triumfalny, etap w Paryżu – tysiące kibiców i gęsia skórka. To jest to, co zapamiętam na zawsze. Mój pierwszy wjazd na Champs-Élysées. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem tak szczęśliwy, chciało mi się płakać, gęsią skórkę miałem na całym ciele i uśmiech od ucha do ucha. Wtedy po raz pierwszy ziścił się  mój sen, sen każdego zawodowego kolarza: ukończyłem największy, najcięższy i najważniejszy wyścig kolarski świata. Zrobiłem to w sumie trzy razy, ale ten pierwszy pamiętam, jakby to było wczoraj.

(źródło zdjęć: archiwum własne Bartosza Huzarskiego)