Kolarstwo jest piękne, ale potrafi być też bardzo brutalne. Właśnie przekonał się o tym Primoż Roglić (Jumbo-Visma) podczas ostatniego etapu Paryż – Nicea. Tempa nie zwalnia za to Tadej Pogacar (UAE Team Emirates), zwycięzca ubiegłorocznego Tour de France.

Wszyscy klepią po plecach, wkładają szampany do zamrażarki, kreślą plany na przyszłość, aż nagle kolarski pech mówi: „Stop!”. Właśnie z taką sytuacją musi teraz poradzić sobie Roglić, który na ostatnim etapie stracił niemal pewne zwycięstwo w prestiżowym Paryż – Nicea.

Wszystko układało się idealnie po myśli Słoweńca. Roglić wygrał czwarty etap i objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Nie oddał go również nazajutrz, a później dołożył jeszcze zwycięstwa w kolejnych dwóch etapach. Dzięki temu miał sporą przewagę nad Maximilianem Schachmannem (BORA-hansgrohe) i zwycięstwo w wyścigu na wyciągnięcie ręki. A niektórzy twierdzili, że nawet w kieszeni…

Kolarstwo po raz kolejny dało jednak lekcję pokory, bo na trasie liczącej niespełna 93 kilometry Roglić upadł i to aż dwukrotnie. Pierwszy raz po przejechaniu ok. 20 km, gdy wziął udział w kraksie. Wtedy jednak w miarę szybko się pozbierał i szybko dołączył do peletonu. Znacznie gorsze konsekwencje miał drugi upadek. Tym razem dodatkowo musiał zmienić rower i zanosiło się na znacznie dłuższą i trudniejszą pogoń za czołówką. Poobijany Słoweniec walczył, szarpał, kręcił ile sił, ale rywale uciekali i w efekcie zostawili Roglicia na 56. pozycji.

– To nie był dzień moich marzeń. Dałem z siebie wszystko, ale nie byłem w stanie dogonić czołówki – rozkładał ręce Słoweniec.

To oznaczało, że cały wyścig, po raz drugi z rzędu, wygrał Schachmann. – To był szalony dzień. Obroniłem tytuł, choć wolałbym to zrobić w inny sposób. Kolarstwo czasem pisze jednak dramatyczne scenariusze i niespodziewane historie. Chcę jednak podziękować moim kolegom z drużyny za olbrzymie wsparcie w ostatnim tygodniu – podkreślał Niemiec po wyścigu, którego trzyminutowy skrót możecie zobaczyć poniżej:

Z kolei Roglić w klasyfikacji generalnej zajął dopiero 15. miejsce. Dla Słoweńca ta porażka jest tym bardziej bolesna, że kilka miesięcy temu, także we Francji i również na ostatniej prostej stracił żółtą koszulkę lidera. A stało się to podczas pamiętnego Tour de France, gdy musiał uznać wyższość swojego rodaka – Tadeja Pogacara.

Gdy Roglić przeżywał kolarski dramat, Pogacar dzielił i rządził na trasie we Włoszech. Zwycięstwo w Wielkiej Pętli najwyraźniej rozbudziło apetyt 23-letniego Słoweńca, bo po wygraniu UAE Tour (pierwszego w tym roku wyścigu UCI World Tour), sięgnął właśnie po zwycięstwo w prestiżowym Tirreno-Adriatico.

Na początkowych etapach Pogacar dał się wyszumieć Wout Van Aertowi (Jumbo-Visma), ale po wygraniu czwartego etapu wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji generalnej i zwycięstwa nie oddał już do końca. Przypieczętował je podczas wtorkowej jazdy na czas. Co prawda ten etap znów wygrał Wout Van Aert, ale przewaga Słoweńca była wystarczająca, by zwyciężyć w całym wyścigu.

Teraz przed zawodnikami kolejne wyścigi. W sobotę odbędzie się Mediolan – San Remo, a dwa dni później wystartuje siedmioetapowy Wyścig Dookoła Katalonii. Z kolei część zawodników będzie również ścigała się w jednodniowych zawodach w Belgii.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl