Zaczęło się od wygrania bułki z salami. Następnie były wielkie zwycięstwa i uwielbienie kibiców. Tych samych, którzy po latach opluwali go na trasie i błagali, by posłuchał… apeli papieża! Fausto Coppi żył krótko, ale burzliwie jak chyba żaden inny wybitny kolarz.

Może zabrzmi to dziwnie, ale z początku nie zanosiło się, by świat miał z niego jakiś większy pożytek. A świat, który kręci się wokół kolarstwa, to już w ogóle. Młody Fausto był słabym i chorowitym dzieckiem, a do tego leniwym.

Z tego powodu edukację skończył już w wieku 13 lat i stał się pomocnikiem rzeźnika. Cały czas w jego życiu pojawiał się jednak rower, na którym hobbistycznie kręcił kolejne kilometry.

Bułka z salami i złamane koło

Gdy skończył 15 lat, po raz pierwszy stanął na starcie wyścigu. To jednak jeszcze nic nie znaczyło, bo w tamtych czasach wielu chłopców szukało jakiejkolwiek możliwość do rywalizacji. Nie każdy jednak mógł się pochwalić wygraną już w debiucie. To było zdecydowanie ważniejsze od nagrody, którą stanowiło 20 lirów i… bułka z salami.

Z czasem coraz poważniej myślał o ściganiu. W szranki z zawodowcami stanął w 1939 r. i miał pecha, bo złamał koło. Ale to go nie zniechęciło – próbował dalej i wkrótce usłyszały o nim całe kolarskie Włochy, gdy podczas jednego z wyścigów pokonał wielu uznanych rywali. Tu Coppi jednak znowu miał pecha – to wszystko działo się cztery miesiące przed wybuchem II wojny światowej, która na lata wyhamowała jego raczkującą karierę.

Co prawda w 1940 r. zdołał jeszcze wygrać Giro d’Italia, ale chwilę później był już żołnierzem, który trafił do brytyjskiej niewoli, a dokładniej do obozu jenieckiego w Afryce.

Gdy przestajesz słyszeć oddech rywala…

Jego talent eksplodował dopiero po 1945 r. Niektórzy twierdzą, że gdyby nie wojna, to mógłby być zawodnikiem wielkości Eddy’ego Merckxa. Świetnie radził sobie w górach, a jak już brał udział w ucieczce, to nie po to, by postraszyć rywali, ale dowieźć prowadzenie do mety. I niemal zawsze mu się to udawało! – Gdy już przestaję słyszeć odgłos opon i oddech rywala, któremu odjeżdżam, to wiem, że zwycięstwo jest moje – zwykł mawiać Coppi.

W 1949 r. przeszedł do historii, bo jako pierwszy zawodnik w tym samym roku wygrał Tour de France i Giro d’Italia. A jakby tego było mało, to wyczyn powtórzył jeszcze trzy sezony później! W 1952 r. tak odjechał rywalom, że organizatorzy Wielkiej Pętli musieli podwoić nagrody dla zawodników z niższych miejsc, żeby w ogóle chcieli się ścigać, a nie z rezygnacją oddać wygraną Coppiemu.

W tej sytuacji wydawało się, że nic nie jest w stanie zmienić uwielbiania, jakim Włosi darzyli swojego mistrza. A jednak – Coppi zrobił wiele, by w ojczyźnie stać się człowiekiem niemal wyklętym.

Prośby papieża Piusa XII

W połowie XX w. cudzołóstwo we Włoszech było karane prawnie, a właśnie takiego grzechu dopuścił się Coppi. Wraz ze swoją kochanką – Giulią Occhini – zostali postawieni przed sądem i w katolickich Włoszech Coppi z człowieka ubóstwianego stał się zhańbionym, a o powrót do żony prosił go nawet papież Pius XII. Co więcej, głowa Kościoła Katolickiego nie chciała pobłogosławić Giro d’Italia, ponieważ jechał w nim cudzołożnik. Być może Coppi zrezygnowałby ze startu, gdyby wiedział, że w trakcie jazdy kibice będą go opluwali…

Pierwszy cios Coppi otrzymał jednak cztery lata wcześniej, gdy podczas wyścigu zginął jego brat. Serse Coppi miał wypadek podczas sprintu, a że wszystko działo się w czasach, gdy kolarze nie musieli zakładać kasków, to młodszy z Coppich zmarł wskutek krwotoku.

Fausto był znokautowany psychicznie, a szybko okazało się, że również fizycznie. Nie tylko przestał wygrywać, ale wpadł też w nałogi, z narkotykowym włącznie. Czasem jeszcze na siłę zapraszano go na wyścigi, ale chyba tylko po to, by kibice mogli zobaczyć, jak wygląda upadek jednego z najznakomitszych kolarzy w historii.

Tragiczna była też śmierć Coppiego. Nie dość, że przyszła bardzo szybko (Włoch miał zaledwie 41 lat), to jeszcze nie do końca wiadomo skąd. Oficjalnie była to źle leczona malaria, ale później pojawiły się podejrzenia o przedawkowaniu narkotyków czy nawet otruciu. Te wersje nigdy nie zostały jednak potwierdzone.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl