– Oglądali to ludzie w ponad 100 krajach, na konferencji prasowej było ok. 300 dziennikarzy, a ja dostałem tak dużo wiadomości z gratulacjami, że do dziś wszystkich nie odczytałem – o początkach z kolarstwem, stresie, a przede wszystkim wielkim zwycięstwie na Tour de France w specjalnym wywiadzie dla We Love Cycling opowiada Maciej Bodnar.

32-letni kolarz z Oławy podczas tegorocznej Wielkiej Pętli zaskoczył cały kolarski świat – świetnie pojechał „czasówkę” w Marsylii, wyprzedził o sekundę Michała Kwiatkowskiego i jako trzeci Polak w historii (po Zenonie Jaskule i Rafale Majce) wygrał etap największego wyścigu świata!

W specjalnym wywiadzie dla We Love Cycling Bodnar opowiada o tamtym dniu.

Szczerze – ile razy oglądał Pan swój finisz i radość po wygranym etapie Tour de France?

– Szczerze? Może ze dwa, trzy i to przypadkowo. Najpierw zaraz po etapie z drużyną, a później w rodzinie ktoś mi to pokazywał. Ale żebym jakoś specjalnie szukał relacji wideo, to nie.

Nie jest Pan sentymentalny?

– Nie no, bez przesady. Etap Tour de France do tej pory wygrało trzech Polaków, więc nie mogę przejść obok tego obojętnie, w końcu to mój największy sukces w karierze… Kiedyś pewnie będę do tego wracał, ale na razie wciąż jestem zawodowym kolarzem. Jestem dumny z tego zwycięstwa, ale patrzę do przodu, na kolejny sezon.

Gdybym 10 lat temu powiedział Panu, że wygra Pan ten etap…

– …10 lat temu to ja marzyłem o samym starcie w tym największym wyścigu na świecie, a nie o zwycięstwach.  Gdy już jednak byłem na Tour de France, to pojawiły się myśli o wygranej, choć nie był to cel numer jeden.

Kolarze mówią, że już rano w dniu etapu wiedzą, że to może być ich dzień. Pan to samo czuł 22 lipca?

– Czułem się dobrze, ale nie myślałem, że mogę wygrać. Wiedziałem, że powalczę o wysokie miejsce. Celowałem w pierwszą „piątkę”, choć myśl o zwycięstwie też się pojawiła.

Kiedy Pan sobie uświadomił, że jest na wyciągnięcie ręki?

– Na „czasówce” trzeba dobrze rozłożyć siły, żeby na sam koniec się nie przeliczyć. Zaraz po starcie poczułem, że nogi są dobre.

Jednak stał Pan na mecie i czekał na kolejnych zawodników. Nie wierzę, że był Pan wyluzowany.

– Nie no, luzu nie było, choć wiedziałem, że wykręciłem bardzo dobry czas. Ci dobrzy „czasowcy” przyjechali zaraz za mną, więc wiedziałem, że może być bardzo dobrze. Z minuty na minutę ciśnienie jednak rosło, a jako ostatni jechał Froome, więc czekania było dużo. Pomału jednak utwierdzałem się, że to może być mój dzień.

Do tego miałem dodatkowy, nietypowy stres, bo chciałem skorzystać z toalety, ale zawodnik, który wygra, musi być poddany kontroli antydopingowej. Ja jednak wciąż nie byłem zwycięzcą, więc nie mogłem iść na kontrolę i musiałem czekać do końca. A gdybym poszedł do toalety wcześniej, to po wyścigu znów byłoby ze 3-4 godziny czekania. Tak więc potrzeba fizjologiczna była dodatkowym stresem.

Wygrywając etap, poczuł Pan, że jest bohaterem dnia na Tour de France?

– Wielu mówi, że jak wygrywasz etap na Tour de France, to znaczy, że jest już z ciebie kawał kolarza… No sam nie wiem… To w końcu jedna z największych imprez sportowych na świecie, po igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata w piłce nożnej, więc naturalnie, że to poczułem. Przecież ludzie w ponad 100 krajach mieli szansę zobaczyć moją wygraną… Dostałem wiele wiadomości z gratulacjami na jednym z portali społecznościowych, do dziś nawet wszystkich nie odczytałem. W pewnym momencie przestałem je przeglądać, bo było tego naprawdę sporo. Wszystkim jednak podziękowałem inną drogą.

Dziś telefon SMS-ami ciężko zapchać, ale…

– Tak, ale dostawałem wiadomości od bliższych i dalszych znajomych, a także od ludzi, których kiedyś tam w życiu spotkałem… Fajne uczucie. Dzień, gdy wygrałem, był jednak dla mnie krótki, bo później nadeszła kontrola antydopingowa i konferencja prasowa, która w takim wydaniu nigdzie indziej się nie zdarza. Przychodzi na nią około 300 dziennikarzy, a to robi wrażenie. Cała sala gimnastyczna była wypełniona. Oczywiście nie każdy zadał pytanie, ale trochę czasu to zajęło.

Kiedy Pan właściwie poczuł, że kolarstwo będzie Pana sposobem na życie?

– To nie jest tak, że się wybiera, często to niezależne od nas. Zaczyna się od zapisania do klubu i samej radości z jazdy. Później przechodzi się kolejne poziomy aż do zawodowstwa. Nie da się wskazać jednego momentu.

Ale jak to się zaczęło? Gdy już wszyscy wokół dostali rowery na komunię, to Pan zawsze był najszybszy?

– Nie przywiązywałem do tego wagi. U mnie wszystko zaczęło się od starszego brata, który zaczął się ścigać, więc drogę miałem troszeczkę przetartą. Podobnie jest w wielu rodzinach sportowych. Brat zaczął jakieś 4-5 lat przede mną, więc miałem sporo czasu, by się temu przyjrzeć.

Do świetnego sezonu zabrakło Panu wysokiego miejsca na mistrzostwach świata. To jednak przekreśliły dwa upadki podczas „czasówki”.

– Byłem rozczarowany, bo celowałem nawet w podium, ale trasa była bardzo ciężka. Pech. Zaliczyłem już sporo upadków, ale na rowerze czasowym ostatni miałem… Nie pamiętam, czy kiedykolwiek miałem przez 11 lat mojej zawodowej jazdy (śmiech). To było dla mnie duże zaskoczenie, ale teraz patrzę już tylko w przyszłość.

Jakie ma Pan plany?

– Zaczęliśmy trenować, złapał mnie Pan właśnie we Włoszech. Kalendarz będę miał podobny do ostatniego, więc pewnie znów wystartuję w Tour de France. Jeszcze raz dostanę szansę pomagać kolegom i może powalczyć na jakimś etapie.

Czuje Pan, że wygraną w Tour de France dołożył Pan dużą cegiełkę do budowy prestiżu polskiego kolarstwa?

– Idziemy do przodu. Ja, Rafał Majka czy Michał Kwiatkowski ścigamy się w najlepszych zespołach na świecie, więc progres widać. Jest nas kilku, którzy wykonują pracę dla polskiego kolarstwa. Nasze wyniki odbijają się szerszym echem i miejmy nadzieję, że to kolarstwo się rozpędzi. Nie jest bardzo źle, choć przydałoby się nam więcej drużyn zawodowych, ale to już nie jest kwestia związana ze mną. Ja się cieszę, że Polacy w kolarstwie są dość znaczącymi graczami. Fajnie, że nas widać i to chyba najlepsza promocja.

(Źródło zdjęć: www.letour.fr © ASO/Alex BROADWAY)