Biała koszulka zamiast żółtej, na głowę naciągnięty kaszkiet, a w ręce wielka butelka wina. Nie, to nie reklama sielskich wakacji na francuskiej wsi, ale zdjęcie Maurice’a Garina, pierwszego zwycięzcy Tour de France. I to zdjęcie zrobione w trakcie trwania wyścigu!

W tym roku furorę zrobił Primož Roglič, były skoczek narciarski, który zwyciężył w jednym z etapów. A co powiecie na to, że cały pierwszy Tour de France wygrał… kominiarz?

Nie był pomylony

Właśnie taki zawód wykonywał Garin, urodzony w 1871 r. we włoskiej gminie Arvier. Gdy jednak skończył 14 lat, rodzice wraz z ośmiorgiem jego rodzeństwa opuścili te strony i osiedlili się we Francji. Powód? Najczęstszy, czyli poszukiwanie pracy.

Garin na jej brak nie narzeka i za pierwsze odłożone pieniądze spełnia marzenie, czyli kupuje rower. Zasuwa nim po całej miejscowości i to bez większego celu – nie marzy o karierze kolarza, nie jest kurierem, nie ściga się z innymi. Po prostu lubi kręcić i to najszybciej jak się da, więc sąsiedzi patrzą na niego, kreśląc palcem charakterystyczne kółka w okolicach skroni.

W końcu ktoś jednak zauważył, że Garin nie jest pomylony, tylko ma wielki talent i zacięcie do kolarstwa. Udało się go wciągnąć do amatorskiego ścigania – szybko złapał bakcyla, kupił nowszy rower i był gotowy do walki z zawodowcami. Ci jednak nie przyjmowali każdego chętnego i Garin również usłyszał: stop!

To go jednak nie zatrzymało – dołączył do wyścigu kuchennymi drzwiami i mimo dwóch upadków wygrał. I to podwójnie, bo dla zwycięzcy przewidziano 150 franków, ale tych pieniędzy organizatorzy nie chcieli mu wypłacić, więc dzięki spontanicznej zbiórce wśród publiczności otrzymał… dwa razy tyle.

Trasa Kraków – Szczecin w dobę

Drzwi do poważnego ścigania stanęły przed nim otworem, szczególnie że Garin był nie tylko szybki, ale też wytrzymały. Wygrał np. 24-godzinny wyścig, pokonując w tym czasie 701 kilometrów, czyli mniej więcej trasę z Krakowa do Szczecina. Wówczas opowiadał, że przetrwał m.in. dzięki 19 litrom czekolady, 45 kotletom, 2 kilogramom ryżu i dużej, bardzo dużej ilości czerwonego wina.

To wszystko było jednak przymiarką przed wejściem do historii, czyli wygrania pierwszego Tour de France. W 1903 r. Francuz w klasyfikacji generalnej prowadził od początku do końca. Na pierwszym etapie odsadził konkurentów, gdy ci poszli zregenerować się w karczmie. Na drugim utrzymał prowadzenie w „generalce” mimo poważnego upadku, bo jego największego rywala – Hippolyte’a Aucouturiera – dopadła biegunka.

Na kolejnych etapach Garin oskarżany był o brudne gierki i próby przekupstwa, ale ostatecznie wygrał trzy z sześciu etapów. Cały wyścig pokonał w 94 godziny, 33 minuty i 14 sekund. Nad drugim Lucienem Pothierem miał kosmiczną przewagę blisko trzech godzin, co do dziś jest rekordem Wielkiej Pętli.

– Na trasie czułem się źle. Byłem głodny, spragniony, śpiący i cierpiałem, a nawet płakałem, ale taka była cena zwycięstwa – mówił na mecie Garin, którego zdjęcia były w każdej gazecie. Obcisłe spodnie zamiast ultralekkich strojów kolarskich, kaszkiet w miejsce kasku, a na barkach zarzucony plecak jako odpowiednik dzisiejszego wozu serwisowego. A do tego charakterystyczny wąs, o jakim marzą dzisiejsi hipsterzy. Z Christopherem Froomem, dzisiejszym gwiazdorem Tour de France, Garina łączyła chyba tylko pasja do jeżdżenia na rowerze…

Runda honorowa 82-latka

Francuz wystartował także rok później, ale to był już zupełnie inny Tour de France. Taki, który dziś aż trudno sobie wyobrazić. W trakcie wyścigu były groźby od kibiców, manifestacje, interwencje policji, przeszkadzanie sobie nawzajem, pokonywanie części trasy pociągiem. Garin został też oskarżony o to, że spożywał posiłek w momencie, gdy było to zabronione. Został zdyskwalifikowany, podobno dla przykładu.

Wkrótce wycofał się z kolarstwa, a za pieniądze zarobione w Wielkiej Pętli kupił stację benzynową, która została zrównana z ziemią podczas II wojny światowej. Garin ciągle jednak pamiętał o ukochanej dyscyplinie i w latach 50. założył zawodowy team.

W 1953 r. został zaproszony na jubileusz 50-lecia Tour de France. Mimo 82 lat wsiadł na rower i przejechał rundę honorową. Zmarł cztery lata później.