Jeśli ktoś nie wierzył, że w ściganiu na Mont Ventoux jest coś magicznego, to teraz nie ma już wątpliwości. – Rower! Gdzie on ma rower?! – ekscytowali się komentatorzy 12. etapu Tour de France na widok Chrisa Froome’a, lidera klasyfikacji generalnej.

To było jak scena z filmu Forrest Gump. Tysiące kibiców skaczących, klaszczących i krzyczących, a między nimi on – Chris Froome. Na co dzień widywany jak dumnie mknie w czołówce stawki, tym razem pokonywał kolejne mordercze metry… biegnąc!

Problem z motorem telewizyjnym

Brytyjczyk jechał w peletonie, który kilometr przed metą miał kraksę. Wzdłuż trasy zebrał się tłum, więc zawodnicy mieli zawężony tor jazdy. W pewnym momencie stanął tzw. motocykl telewizyjny, który prowadził peleton i na maszynę zaczęli najeżdżać kolejni kolarze. Froome miał o tyle pecha, że w wyniku kraksy został uszkodzony jego rower, a samochód techniczny z zapasowym sprzętem nie był w stanie dotrzeć do Brytyjczyka. W tej sytuacji Froome ani chwili nie kalkulował, tylko wziął nogi za pas i pobiegł w kierunku mety. – Patrz, Froome nie ma roweru! W historii kolarstwa jeszcze nie było sytuacji, żeby lider klasyfikacji generalnej szedł na piechotę! – ekscytowali się dziennikarze, który komentują Tour de France w telewizji Eurosport. W końcu kolarz dostał sprzęt i na metę wpadł już na dwukołowcu. – To była dobra decyzja, widziałem jak Chris biegł do mety niczym Forrest Gump – komentował zachowanie Brytyjczyka Michał Kwiatkowski, który aktualnie startuje w Tour de Pologne.

Nerwowe oczekiwanie i dobra decyzja

Z powodu całego zamieszania, sędziowie od razu nie byli w stanie podać oficjalnych wyników. Dla Froome’a zaczęły się więc kolejne nerwowe momenty. „Czekam na wynik obrad jury…” – napisał na Twitterze kolarz. Niespełna kwadrans później dowiedział się, że decyzją komisji pozostaje liderem wyścigu. „Wciąż mam żółtą koszulkę” – napisał Froome.

– Mont Ventoux zawsze zaskakuje i tak samo było tym razem. Wydarzyło się coś niedobrego, ale ostatecznie przeważył zdrowy rozsądek i komisarze podjęli słuszną decyzję, za którą im bardzo dziękuję – mówił po wyścigu Froome.

Etap wygrał Belg Thomas de Gendt. Dwie sekundy później na metę wpadł jego rodak Serge Pauwels, a Hiszpan Daniel Navarro stracił 14 sekund.

Mont Ventoux jak Wembley

Żeby było jeszcze ciekawiej, ta niecodzienna historia wydarzyła się na trasie na legendarny szczyt Mont Ventoux, który dla kolarzy jest niczym stadion Wembley dla większości piłkarzy. Ściganie na tym etapie od początku nie układało się po myśli organizatorów, bo prognozy pogody przewidywały gwałtowne wiatry, a nawet huragan. W tej sytuacji zdecydowano się przenieść metę o blisko 7 km wcześniej.

Teraz przed kolarzami kolejne etapy Tour de France, z których najdłuższy będzie poniedziałkowy. Trasa Moirans-en-Montagne/Berne liczy 209 km.