• POL

Sekrety trenażerów rowerowych: jaki jest sens jazdy w zamkniętym pomieszczeniu

Autor: Jiri Kaloc

Choć nigdy w pełni nie poddałem się urokowi trenażerów, zaskakująco dużo o nich myślę. Każdej zimy wracam do tego samego pytania: dlaczego cały ten świat trenażerów, wirtualnych tras i ustrukturyzowanych planów treningowych wydaje się tak atrakcyjny? Czy w tym roku się poddam?

Prawda jest taka, że trening w domu rozwiązuje kilka problemów, z którymi regularnie zmagam się zimą. Przerzucam się sezonowo na inne sporty, żeby części tych problemów uniknąć – ale nie udaje mi się to ze wszystkimi. Spójrzmy na najbardziej przekonujące zalety treningu pod dachem.

Nowy wymiar przejażdżki

Krótkie jazdy na zewnątrz zawsze były dla mnie ostatecznością. Oznaczają zwykle kręcenie tych samych pętli w okolicy domu – a je przejechałem już setki razy. Nie ma nic złego w znajomych drogach, ale powtarzalność zabija motywację. Jeśli mam tylko 45 minut, chcę czegoś nowego albo przynajmniej czegoś, co ma wyraźny cel.

Jazda na trenażerze całkowicie zmienia tę zależność. Krótka jazda może stać się wyścigiem, sesją interwałową, osobistym wyzwaniem albo wirtualną wizytą na egzotycznym podjeździe – dzięki takim platformom jak Zwift czy Rouvy. Zmienia się sceneria, bodziec i cel – i wcale nie trzeba wychodzić z domu.

Od razu widzę w tym sens. Gdybym mógł zamienić 40-minutowy kompromis na coś angażującego, zimą jeździłbym znacznie więcej.

Wygoda, której jazda na zewnątrz nie zapewni

Jedną z największych zalet treningu pod dachem jest po prostu minimum przygotowań. Gdy brakuje mi czasu, zwykle zakładam buty do biegania. Jogging łatwo wpasować w krótkie przerwy dnia, bo przebieżka wymaga minimalnych przygotowań. Jazda na rowerze na zewnątrz rzadko ma tę cechę – dobór ubrań zajmuje czas, a zimą trzeba zarezerwować dodatkową chwilę na mycie roweru.

Trening w domu eliminuje cały ten stres. Warstwy – nieważne. Światła – nieważne. Przebita opona, brudny napęd – nie ma takiej możliwości. Jeśli jazda trwa tylko 20–30 minut, nie mamy poczucia, że przygotowania zajęły więcej czasu niż sam trening.

Dochodzi też aspekt komfortu. Gdy nie czuję się w pełni sił albo wracam do formy po infekcji, perspektywa wyjścia na zimne powietrze rzadko bywa kusząca. Trening w domu pozwala łagodnie wrócić do jazdy, utrzymując zarazem niską intensywność bez dodatkowego stresu środowiskowego. Jeśli moje jedyne okno treningowe wypada wieczorem, nie muszę kalkulować ryzyka zimowej jazdy po ciemku.

Brzmi jak drobnostka, ale w rzeczywistości ma niebagatelne znaczenie. Dla osób z napiętym grafikiem może oznaczać różnicę między treningiem regularnym a sporadycznym (niezależnie od pory roku).

Ustrukturyzowane interwały nigdy nie były prostsze

Jeśli mam być szczery, niemal nigdy nie robię interwałów na zewnątrz. Moje jazdy to zwykle eksploracja, długie podjazdy albo spotkania towarzyskie – żadne z nich nie sprzyja dyscyplinie potrzebnej do powtarzalnych serii. Interwały na drodze wymagają odpowiedniego nachylenia, braku skrzyżowań i niedużego natężenia ruchu. W większość dni takich kombinacji po prostu nie ma.

Wtedy na scenę wkracza trenażer, który usuwa wszystkie zmienne zewnętrzne. Tryb ERG wymusza moc, przerwy znikają, a strefy mocy stają się dokładne – nie przybliżone. To idealne środowisko dla kolarzy, którzy mają problem z realizacją planu treningowego na zewnątrz – czyli między innymi dla mnie.

Cały okres posezonowy poświęcony precyzyjnym, regularnym interwałom niemal na pewno poprawiłby moją formę. Jakie fantastyczne postępy mógłbym zrobić, gdybym kilka zimowych miesięcy przeznaczył wyłącznie na systematyczność i kontrolowaną intensywność! Ta myśl jest bardzo kusząca.

Dane i postęp – bez szumu

Motywują mnie liczby. W tym roku, po zakupie miernika mocy, zacząłem porównywać wysiłki na ulubionych podjazdach i analizować krzywe mocy niemal po każdej jeździe. Postęp, który widzisz w danych czarno na białym, uzależnia.

Trening w domu wzmacnia to uczucie. Bez toczenia się, wiatru, zmian temperatury i zmiennej geometrii trasy dane stają się bardziej klarowne. Testy FTP, rampy, a nawet pomiary laktatu nagle są proste i porównywalne. Łatwiej monitorować swój rozwój, gdy warunki się nie zmieniają.

Kolarze, którzy lubią analityczną stronę sportu, docenią trening indoor, bo to wyjątkowo satysfakcjonujące środowisko.

Co dobrego z takiego treningu wynika

Moje preferencje są oczywiście subiektywne, ale jazda w domu ma też uniwersalne zalety, bo zapewnia:

– regularność niezależną od pogody, długości dnia i stanu dróg,

– bezpieczeństwo – brak samochodów, oblodzenia i ryzyka jazdy po ciemku,

– aktywność społeczną – zwłaszcza w aplikacji Zwift, w której wspólne jazdy i wyścigi bardzo motywują,

– precyzyjny trening – szczególnie dla osób z jasno określonymi celami.

Dla kolarzy mieszkających w surowszym klimacie trening indoor nie jest dodatkiem – to praktycznie jedyna możliwość treningu w zimie.

Trening pod dachem rozwiązuje problemy, z którymi mierzę się co roku. Nie mam jeszcze trenażera w salonie, ale doskonale rozumiem, dlaczego tak wielu kolarzy już go tam ustawiło – i dlaczego sam wciąż to rozważam.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl