Jeśli Amerykanie nauczyli świat koszykówki, to Polacy nauczyli Amerykanów kolarstwa. A dokładnie jeden Polak – Edward Borysewicz, którego kilkanaście dni temu pożegnał świat sportu.

Gdyby nie on, nie wiadomo, gdzie dziś znajdowałoby się amerykańskie kolarstwo. Greg LeMond pewnie nie odniósłby takich sukcesów, a talent Lance’a Armstronga mógłby nie zostać dostrzeżony. Tak, to właśnie Polak Edward Borysewicz wychował setki świetnych zawodników i zbudował fundamenty kolarstwa w Stanach Zjednoczonych.

Nazywanie go amerykańską legendą tego sportu nie jest więc żadną przesadą, ale w Polsce też zasłużył na szacunek. Tak np. pożegnał go znakomity zawodnik Dariusz Baranowski

Z Polski wyjechał w 1976 r. jako Edward Borysewicz, ale z racji trudnej wymowy nazwiska, dla Amerykanów szybko stał się „Eddym B.”. Już wtedy mógł się pochwalić ciekawym CV, w którym znajdowały się m.in. dwa mistrzostwa Polski w drużynowym wyścigu na 100 km. Jako zawodnik miał szansę osiągnąć znacznie więcej, ale jego organizm wyniszczyły leki na gruźlicę, która okazała się… źle zdiagnozowana. Borysewicz pozostał jednak przy kolarstwie i zbierał doświadczenie jako trener m.in. Społem Łódź i Włókniarza Łódź.

Do 1975 r. był trenerem reprezentacji Polski juniorów, ale rok później mieszkał już za oceanem. Doszło do tego w dość typowych na tamte czasy okolicznościach. W 1976 r. poleciał z kadrą olimpijską do Montrealu i do Polski już nie wrócił. Pojechał odwiedzić znajomych w Ner Jersey i szybko wciągnął się w kolarski świat, który wtedy nie przypominał jeszcze „american dream”.

Borysewicz Amerykanów nie musiał jednak długo do siebie przekonywać, bo już po kilku miesiącach powierzyli mu poważną misję – przygotować drużynę Stanów Zjednoczonych do startu w igrzyskach olimpijskich. Szybko okazało się jednak, że nie sprowadza się to tylko do samego trenowania, ale przede wszystkim do stworzenia podstaw całego systemu szkolenia i bazy treningowej, która została zlokalizowana w Kalifornii. – Gdy zaczynałem, nie było tam niczego. Miałem tylko telefon, ale nawet biurko musiałem sobie sam zorganizować – wspominał w rozmowie z International Herald Tribune.

Amerykanie po jego okiem robili postępy. Świetnie rozwijał się legendarny Greg LeMond, którego Borysewicz nazywał diamentem. Zresztą nieprzypadkowo to właśnie LeMond został pierwszym zawodnikiem spoza Europy, który wygrał Tour de France (w 1986 r.). Rozwój kolarstwa w USA przyspieszył, gdy Los Angeles otrzymało organizację igrzysk olimpijskich w 1984 r. Na tej imprezie Amerykanie mieli urządzić pokaz siły i tak też się stało. Prowadzona przez Borysewicza kadra zdobyła aż dziewięć medali, w tym cztery złote!

Cała historia zakończyła się jednak zgrzytem, bo okazało się, że zawodnicy USA stosowali transfuzję krwi. Nie była ona wówczas zabroniona, ale niesmak pozostał.

Później Borysewicz rozpoczął pracę z zawodowcami. To on namówił na kolarstwo świetnie zapowiadającego się wówczas triathlonistę – Lance’a Amstronga. Borysewicz widział w nim ogromny talent, który ma wielką wytrzymałość i nie boi się ciężkiej pracy. Choć było wiele osób, które chwaliły się odkryciem Amstronga, to Borysewicz zapewniał, że właśnie on przekonał go do kolarstwa. Drogi obu panów jednak szybko się rozeszły i polski trener nie miał już nic wspólnego z tym, co ze swoją karierą zrobił Amstrong.

Później na pewien czas Borysewicz rozstał się z kolarstwem, ale wrócił, by m.in. poprowadzić polską kadrę  kolarzy torowych (2005-2007).

Zmarł 16 listopada w wieku 81 lat. Powodem było zakażeniem Covid-19, o czym poinformował Wacław Skarul, były prezes Polskiego Związku Kolarskiego.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl