Podziel się:

Czasem okrutny okazywał się los, czasem sam robił wiele, by wszystko zaprzepaścić… Francuz Richard Virenque jest rekordzistą pod względem zwycięstw w klasyfikacji górskiej Tour de France, ale dla rodaków przestał być bożyszczem. Całe jego życie jest jak autostrada z nieba do piekła. Autostrada, którą niemal w całości przejechał w białej koszulce w czerwone grochy.

Został mu tylko rower

Podczas gdy dla wielu kolarzy rower był najlepszym sposobem na ucieczkę z biedy, młody Richard na trudy życia nie mógł narzekać. Ojciec prowadził firmę oponiarską, więc rodzina była na tyle zamożna, że stać ją było nawet na zatrudnianie służby. Wówczas państwo Virenque mieszkali jeszcze w Maroku, gdzie ulubionym zajęciem Richarda było łowienie ryb oraz jazda na rowerze. Szkoła? Omijał ją szerokim łukiem, a rodzice nie potrafili znaleźć na to sposobu.

Zamiast kierować się prosto na lekcje, młody Virenque wolał kręcić się wokół domu na rowerze. Wówczas wydawało się, że większe szanse będzie miał jako żużlowiec, ponieważ jego sprzęt nie miał hamulców, a Richard każdy zakręt pokonywał niemal tuląc się do ziemi. Szalona jazda bez trzymanki szybko jednak się skończyła.

Wiele zaczęło się psuć po przeprowadzce rodziny do Francji, gdy Richard miał 9 lat. Nad Sekwaną ojciec nie potrafił już rozkręcić biznesu, a nawet znaleźć dobrze płatnej pracy. Z czasem zaczęły się również psuć jego relacje z żoną, co skończyło się rozwodem.

I tak Richard z bogatego i szczęśliwego dziecka, stał się ubogim i rozbitym psychicznie nastolatkiem. – To był bardzo trudny moment w moim życiu. Wtedy został mi tylko rower – przyznał w jednym z wywiadów.

Okazało się jednak, że to nie był ostatni raz, gdy Virenque spadł ze szczytu niemal na samo dno.

Gdy nadjeżdża walec…

Wiele zmieniło się dzięki Tour de France. Richard uwielbiał jeździć na rowerze, ale wyścigi niespecjalnie go interesowały. Gdy jednak brat zabrał go, by na żywo zobaczył etap największego wyścigu świata, jego miłość do kolarstwa eksplodowała. Zapisał się na treningi, zaczął interesować zawodowym peletonem, a wszystko po to, by kiedyś z kibica Tour de France zamienić się w uczestnika.

Na starcie Wielkiej Pętli po raz pierwszy stanął w 1992 roku, gdy miał 23 lata. Wówczas kolarski żółtodziób dokonał czegoś, na co starzy wyjadacze często czekają latami, a mianowicie pojechał jeden etap w żółtej koszulce lidera. Później do twarzy znacznie częściej było mu już w białym trykocie w czerwone grochy, zarezerwowanym dla lidera klasyfikacji górskiej.

Wygrał ją aż siedmiokrotnie, co do dziś jest rekordem. Francuzi kochali go za niesamowitą siłę, upór i nieustępliwość. Dzięki temu nazywany był Ryszardem Lwie Serce.

Richard Virenque of the Festina team in the 1995 Tour de France. Photo by Anders/Flickr

 

Virenque zdobywał kolejne szczyty, etapy i koszulki, a Francuzi w końcu mieli się kim pochwalić podczas Wielkiej Pętli. Wtedy jednak znów nadjechał walec, który zniszczył w jego sportowym życiu wszystko, co najważniejsze. Za kierownicą maszyny siedział sam Virenque, a także system, który rozdawał karty w nieistniejącej już grupie Festina. To właśnie tam 20 lat temu powszechny był doping, a gdy brudne sztuczki ujrzały światło dzienne, zespół został wyklęty ze środowiska.

Wielu kolarzy z tamtej ekipy szybko przyznało się do łamania zasad i ducha sportu, ale Virenque ze łzami w oczach zapewnił, że nie ma z tym nic wspólnego. Podczas gdy trwał proces Festiny, on cały czas startował w wyścigach. Dla Francuzów z bożyszcza stał się jednak zawodnikiem wyklętym, więc musiał startować na licencji szwajcarskiej. Gdy dowody przeciwko Festinie okazały się niezbite, Virenque w końcu przyznał się do stosowania dopingu i został zawieszony na siedem miesięcy.

Po powrocie okazało się, że doping jednak nie był mu potrzebny, bo bez niedozwolonego wspomagania jeszcze dwukrotnie wygrał klasyfikację górską Tour de France, dzięki czemu w zestawieniu wszech czasów wyprzedził Federico Bahamontesa i Luciena van Impe (po sześć triumfów).

Znak rozpoznawczy

Virenque zawodową karierę zakończył w 2004 roku. Dwa lata później zaliczył upadek na wyścigu dla amatorów, co skończyło się złamaniem nosa, 42 szwami i depresją pourazową. Wkrótce też rozwiódł się z żoną po 17 latach małżeństwa.

Psychicznie jednak zdołał się pozbierać i założył firmę produkującą biżuterię. Jej znak rozpoznawczy? Oczywiście cyfra siedem, oznaczające liczbę triumfów w klasyfikacji górskiej Tour de France.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl

Ta strona używa plików cookies

Więcej informacji dotyczących Twoich praw oraz przetwarzania Twoich danych osobowych poprzez pliki cookies znajdziesz w Informacjach dotyczących przetwarzania danych osobowych za pomocą cookies i innych technologii sieciowych. Poniżej możesz wyrazić zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych w celu prowadzenia statystyk i analizy zachowań użytkownika.