Teraz Tour de France zajmuje mi więcej czasu niż jak się ścigałem – uśmiecha się Dariusz Baranowski. Były znakomity kolarz w specjalnym wywiadzie dla We Love Cycling opowiada o pracy komentatora, szansach Polaków i najciekawiej zapowiadających się etapach tegorocznej Wielkiej Pętli.

Tour de France startuje 7 lipca. Żyje Pan już tym wyścigiem?

– Tak, wszystko analizuję, jakbym sam miał startować (śmiech). Rozpisałem trasę na etapy płaskie, górskie, pagórkowate; kluczowe, ważne, mniej ważne… Dzięki temu wiem, co czeka kolarzy.

I już teraz może Pan przewidzieć, jaki będzie ten Tour de France?

– Na pewno emocjonujący. Nie ma jednego etapu, który wszystko rozstrzygnie. Nie będziemy czekali na jeden wyjątkowy dzień, bo jest kilka etapów, na których klasyfikacja generalna może się wywrócić do góry nogami. Będzie się działo!

Jak długo przygotowuje się Pan do komentowania każdego dnia wyścigu?

– Wracam do domu po etapie i wieczorem godzinę poświęcam kolejnemu. Analizuję wyścig, sprawdzam czego mogę się spodziewać nazajutrz, czytam, co powiedzieli kolarze. Szukam ciekawostek, których na antenie nie było widać. Czasem schodzi mi na to i ze dwie godziny. Nazajutrz wyjeżdżam z domu trzy godziny przed wyścigiem, więc jakieś półtorej godziny przed wejściem na antenę jestem w siedzibie Eurosportu i na spokojnie jeszcze się przygotowuję. Teraz Tour de France zajmuje mi więcej czasu niż jak się ścigałem (śmiech). Wtedy była tylko jazda, a później masaż i relaks. Teraz trochę trzeba przy tym posiedzieć.

Paradoksalnie, podczas Tour de France, może zabraknąć Panu czasu na jazdę na rowerze.

– To cały czas moja wielka pasja i kiedy mogę, to jeżdżę. Od czasu do czasu biorę też udział w amatorskich imprezach, by poczuć troszkę rywalizacji. Na miejscach mi nie zależy, ale ścigać się lubię. Adrenalinka, start,  ale wszystko z uśmiechem. Podczas Wielkiej Pętli jednak rzeczywiście czasu na to będzie niewiele.

Nie miał Pan kiedyś szalonego pomysłu, by do siedziby Eurosportu na komentowanie Tour de France dojeżdżać rowerem?

– Nie, z mojego Głowna, czyli okolic Łodzi, do Warszawy jest jakieś 110 km, ale to nie jest dobra trasa na rower. Bocznymi drogami dałoby się dojechać, ale to jednak trochę za daleko. Gdyby to było 30-40 km, to pewnie kilka razy bym się na rower skusił.

Czego Pan się spodziewa po polskich zawodnikach podczas Wielkiej Pętli?

– Jedzie ich pięciu, a to niezły wynik. W klasyfikacji generalnej będziemy liczyli na Rafała Majkę. Chciałbym, żeby był w pierwszej „10” i później patrzymy co więcej da się osiągnąć. Wiem, że Rafał pragnie podium i bardzo mocno się przygotowuje, ale pierwsza trójka to szalenie trudne zadanie. Konkurencja w tym roku jest bardzo mocna, ale będziemy trzymali kciuki. Może też pokusi się o wygranie jakieś etapu… Klasyfikacja górska? Jeśli powalczy w klasyfikacji generalnej, to górską będzie mu bardzo ciężko wygrać. Te dwie klasyfikacje trudno pogodzić.

A co z Michałem Kwiatkowskim, który ma pomagać Chrisowi Froome’owi?

Rok temu wspierał go niesamowicie i teraz pewnie dostanie podobne zadanie. Michał jest w bardzo wysokiej formie, więc przy dobrych wiatrach może uda mu się wygrać etap?

Z kolei Maciej Bodnar ma pracować dla Petera Sagana i Rafała Majki, podobnie jak Paweł Poljański. Z kolei przypuszczam, że Tomek Marczyński otrzyma wolną rękę i może – tak jak podczas Vuelta a Espana – pokusi się o wygranie któregoś etapu? Polaków mamy dobrych, więc podczas Tour de France powinni być widoczni.

Froome walczy o piątą wygraną w Wielkiej Pętli, czyli przejście do historii. Uda mu się?

– Ma duże szanse, choć trudno powiedzieć jak jego organizm zareaguje po ciężkim Giro d’Italia. Cały czas odpoczywa, ale oczywiście nie leżąc na plaży, tylko trenując. Ostatnio nie startował jednak w żadnym wyścigu, więc trudno powiedzieć, w jakiej jest dyspozycji.

Ja w tym roku będę trzymał kciuki za NairoQuintanę z Movistaru. W tej drużynie sam jeździłem przez cztery lata, poza tym chciałbym, żeby to właśnie on pokonał Froome’a.

Movistar ma bardzo mocny zespół, w którym jest aż trzech kandydatów na lidera: Quintana, Mikel Landa i Alejandro Valverde.

– Dla mnie bez dwóch zdań będzie nim Quintana. Wszyscy są bardzo mocnymi kolarzami, ale Valverde i Landa od początku wiedzą, jakie mają zadanie. Choć oczywiście wyścig może się różnie ułożyć.

Ma Pan typ, na których etapach może rozstrzygnąć się tegoroczny Tour de France?

– Jest kilka trudnych… Nie chcę wchodzić w szczegółową analizę, ale na pewno nie można zlekceważyć etapu brukowanego [9. etap – przyp. red.], który według mnie jest niepotrzebny. Wielka Pętla to są góry, mety na szczytach, walka w Pirenejach, walka w Alpach, ale nie na brukach. Ja bym tak trudnego etapu podczas Tour de France nie robił, ale jednak będzie on bardzo ważny, bo wiele może się tam wydarzyć.

Podobnie jak na dwóch etapach alpejskich, czyli 11. i 12. Szczególnie ten drugi wydaje się istotny, gdy zmęczenie zacznie się kumulować w nogach, a zawodnicy będą musieli stawić czoła masakrycznie ciężkim górom z długimi i stromymi podjazdami. Nikt słaby i nieprzygotowany 12. etapu z dobrym czasem nie przejedzie.

Ciekawie zapowiada się też ostatni tydzień, czyli jazda w Pirenejach. Bardzo dużo mówi się o 17. etapie, który ma zaledwie 65 kilometrów. Kolarze będą ustawiani na starcie w sektorach, zgodnie z klasyfikacją generalną, czyli liderzy z przodu, a ich pomocnicy z tyłu, w zależności od miejsca. Do pokonania mają aż trzy przełęcze, a wszystko zakończone metą w Saint-Lary-Soulan, gdzie Rafał Majka wygrał w 2014 r., a Zenon Jaskuła w 1993 r. To będzie eksplozja! Krótki etap, ale trzy wielkie przełęcze i meta na szczycie.

I na deser 20. etap, czyli czasówka. 30 kilometrów, ale dosyć trudnych – góra, dół, góra, dół, z kilometrowym podjazdem przed metą.

Tyle pasjonujących etapów, a Pana tam nie będzie… Nie żałuje Pan czasem, że nie jest na miejscu?

– Kiedyś na pewno pojadę. Na Tour de France byłem jako kolarz, a chciałbym zobaczyć ten wyścig z innej strony. Szczerze mówiąc, to nawet miałem jechać w tym roku… Tegoroczna edycja Wielkiej Pętli będzie wyjątkowa dla polskich kibiców, bo w Eurosporcie w całości transmitujemy ją w tzw. polskim oknie. To znaczy, że wysyłamy swojego reportera, kamerę, a także całą ekipę. Ja miałem jechać jako ekspert, ale jednak będę komentował z Warszawy z Tomkiem Jarońskim, za to do Francji wybierają się Adam Probosz i Bartek Huzarski.

Przed każdym etapem kwadrans w Eurosporcie będzie typowo polski, czyli rozmowy z naszymi zawodnikami, członkami ekip itd. Liczymy też na łączenia w czasie etapów, a zaraz po wyścigu będziemy mieli kolejny polski kwadrans, czyli nasi ludzie wyłapią z peletonu polskich kolarzy. Do tego w każdą sobotę i niedzielę mamy też nasze studio Eurosportu przed i po etapach, gdzie będą zapraszani goście, np. Lech Piasecki czy Zenon Jaskuła. Dla polskiego kibica zapowiada się sporo ciekawych rzeczy. Takiego przedsięwzięcia w historii polskiego Eurosportu jeszcze nie było, więc pod tym względem tegoroczny Tour de France dla polskich kibiców na pewno będzie wyjątkowy!