Gdy wjechał na metę, tłum kibiców wpadł w konsternację. Bliżej nieznany, z dziwnym nazwiskiem, do tego bez wygranej etapowej. „Niegodny zwycięstwa” – pisali dziennikarze. Właśnie w takich okolicznościach w Tour de France sensacyjnie triumfował Roger Walkowiak, francuski kolarz z polskimi korzeniami.

Takie historie dziś zdarzają się w amerykańskich filmach, ale nie w zawodowym sporcie. Historie, których bohater pojawia się znikąd, a jego triumf docenia się dopiero po latach. Zresztą najbardziej sensacyjne zwycięstwo w historii Tour de France obchodziłoby także niewielu Polaków, gdyby nie Tomasz Walkowiak.

Robotnik z Lublina w poszukiwaniu lepszego życia przeprowadził się do Francji, gdzie poznał Berthe Lecocq. Para pobrała się, a w 1927 roku w Montlucon na świat przyszedł Roger, który 29 lat później wygrał wielki Tour de France.

Najgorszy zespół w Tour de France

Niewiele jednak wskazywało, że chłopak będzie mógł kiedyś na poważnie uprawiać sport, o zawodowstwie nie wspominając. Roger Walkowiak borykał się bowiem z problemami zdrowotnymi, które w pewnym momencie były większym przeciwnikiem niż najszybsi rywale.

Do tego nie miał komfortu dzisiejszych zawodowców, którzy całe życie mogą poświęcić treningowi. Walkowiak z wykształcenia był tokarzem i zaczął pracę w zawodzie. Później otrzymał powołanie do wojska, a gdy z niego wrócił, pracy już nie było, więc z bezsilności… zaczął się ścigać.

Najpierw pokonał problemy zdrowotne, a kolejny cel był jasny – dostać się do grupy zawodowej. Zaczynał od tego, że wsiadał do pociągu, jechał do wsi, gdzie właśnie odbywał się wyścig, bardzo często go wygrywał i wracał do domu. Później zaczął triumfować w coraz poważniejszych imprezach, aż w końcu dołączył do Nord-Est-Centre team. Nie była to jednak – delikatnie mówiąc – drużyna marzeń…

– To był najgorszy zespół w całym Tour de France w 1956 r., a ja nawet nie startowałem jako jego lider – wspominał Walkowiak po latach w rozmowie z portalem bicycling.com. – Ale szło mi dobrze, czułem się mocny, więc powiedziałem sobie: Musisz spróbować coś osiągnąć! – dodawał.

Nie posłuchał szefa

Po pierwszych etapach nie zanosiło się jednak na wielki wynik 29-letniego Francuza z polskimi korzeniami. Zrzucał to na brak szczęścia i kraksy na trasie. Na 7. etapie postawił jednak wszystko na jedną kartę i wziął udział w ucieczce, która przyjechała na metę 18 minut przed peletonem. To wtedy po raz pierwszy założył żółtą koszulkę lidera.

Jechał w niej przez trzy dni, po czym musiał oddać ją Gerritowi Voortingowi. Wtedy wydawało się, że piękna historia Walkowiaka właśnie dobiega końca, ale on nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Ponownie zaatakował na 18. etapie. – Wiedziałem, że zaczyna się stromy podjazd, więc dałem z siebie wszystko. Na szczycie wciąż jednak miałem dwie minuty straty. Dyrektor mojego zespołu chciał, żebym poczekał na resztę, ale nie posłuchałem go i dzięki temu udało mi się odbić żółtą koszulkę lidera – wspominał.

Walkowiak nie oddał jej już do końca i wygrał Tour de France mimo tego, że nie triumfował na żadnym z etapów! Taki finał Wielkiej Pętli nie wszystkim był jednak na rękę. Choć zwyciężył Francuz, to tamtejsze media nie rozpływały się nad jego wygraną, ponieważ kibice mieli wówczas innych bohaterów, za których trzymali kciuki. W najostrzejszych komentarzach Walkowiak był nawet określany niegodnym zwycięstwa w Wielkiej Pętli. „Aplauz brzmiał jak lament”, napisano w L’Équipe.

– Nie wiem, może wynikało to z tego, że mój ojciec był polskim imigrantem, a ja miałam inne nazwisko niż wszyscy? Trudno dziś opisać, jak się czułem. Jeszcze przed metą prasa zaczęła być krytyczna, a dyrektorzy zespołów mówili: Jak mogliśmy do tego dopuścić? – wspominał Walkowiak w Bicycling.com.

Romantyczna historia kolarstwa

Do historii Tour de France przeszło nawet powiedzenie „Zrobić Walko!”, które miało dwa znaczenia. „Wygrać szczęśliwie” – dla tych, którzy nie byli sprzymierzeńcami Francuza; oraz „Dać z siebie wszystko i sprawić sensację” – dla tych, którzy byli pod wrażeniem jego wyczynu.

Za Walkowiakiem jednak długo ciągnęła się niechęć kibiców. Wciąż uważali go za ogromnego szczęśliwca  i człowieka, który odebrał im radość z kolarskiego święta, ponieważ liczyli na innych narodowych faworytów.

Słyszał o tym także, gdy po zakończeniu kariery otworzył bar, który – m.in. z powodu krytycznych głosów – zdecydował się zamknąć. – Potrzebowałem odpocząć od kolarstwa, więc kupiliśmy z żoną małą owczą farmę. Początek lat 70. to były jednak ciężkie czasy, więc wróciłem do fabryki, w której pracowałem przed zawodowstwem – opowiadał.

Z czasem kolarski świat zaczął jednak doceniać jego sukces. Zapraszano go na imprezy, gdzie starał się nie okazywać żalu za to, jak potraktowano go w 1956 r. Goszczono go również na Tour de France, a dziennikarze zaczęli traktować Francuza z polskimi korzeniami jako swoisty fenomen, który napisał niesamowity rozdział w historii największego kolarskiego wyścigu na świecie romantyczną historię kolarstwa.

Przez pewien czas Walkowiak był również najdłużej żyjącym zwycięzcą Tour de France. Zmarł w 2017 r., miesiąc przed 90. urodzinami.