Kosztują litry potu, bolesne skurcze, a niektórych nawet życie. Część kolarzy kocha ogromne góry, ale dla niektórych to piekło na ziemi.

Tom Simpson nie był żółtodziobem, ale mistrzem świata i medalistą olimpijskim. Doświadczony, utytułowany i z wielką chęcią do wygrywania. Za wielką. W 1967 r. – jak wszyscy startujący w Tour de France – musiał stawić czoła legendarnemu szczytowi Mont Ventoux. W trakcie podjazdu spadł z roweru, ale z pomocą kibiców znów zaczął pedałować. Jak się okazało – ostatni raz w życiu.

Za chwilę padł na jezdnię, a kilka godzin później lekarze stwierdzili zgon. Przyczyną był zawał serca, ale okazało się, że Simpson popełnił wielki błąd – chciał wygrać z Mont Ventoux za wszelką cenę i nadludzkim wysiłkiem. A miał mu w tym pomóc koktajl amfetamino-alkoholowy, który wykryto w jego organizmie podczas sekcji zwłok.

Mont Ventoux to diabelska góra, jedna z najtrudniejszych dla kolarzy. Średnie nachylenie ponad 7 proc., długość trasy blisko 22 km. Ale najgorsze jest słońce. Przez znaczą część trudno choćby o skrawek cienia, a temperatura w najcieplejszych miesiącach przekracza 40 stopni. Wyzwanie tylko dla najsilniejszych. Podobnie jak szczyty na Giro d’Italia.

Kilka dni temu kolarze wspinali się na wysokość 2758 m.n.p.m. Mieli do przejechania 139 km z Ponte di Legno do Val Martello, ale najlepszemu Nairo Quintanie zajęło to blisko pięć godzin (Polak Rafał Majka był siódmy). Na szczyty kolarze wyjeżdżali w kurtkach, przy padającym deszczu. Temperatura nie przekraczała 10 stopni, a obok jezdni zalegał śnieg. Takie anomalia można spotkać tylko w górach i tylko najwytrwalsi mogą w nich rywalizować. Część z nich wjeżdżała jednak na metę „wężykiem”.

Wbrew pozorom nawet w Polsce można zafundować zawodnikom górską mękę. Tegoroczny Tour de Pologne (3-9 sierpnia) znów prowadzi przez ścianki w Białce Tatrzańskiej, których graficzna wizualizacja wygląda jak szalony wykres EKG. „To królewski etap […,]na którym znajduje się nazywana przez kolarzy „ściana Bukovina” w Gliczarowie – pisze oficjalna strona TdP. To i tak delikatne określenie, bo inne nazwy używane przez kolarzy wobec etapów górskich to „Golgota” czy „Morderca” i nie ma w tym żadnej przesady.